Pokazuje: 21 - 30 of 32 WYNIKÓW
Opolskie Polska

Zamek w Mosznej – Polski Disneyland!

Opolszczyzna skrywa wiele sekretów i ciekawych miejsc. Możemy znaleźć tu miasteczka z bogatą historią czy zamki i ruiny skrywające tajemnice swoich dawnych mieszkańców. Jednym z nich bez wątpienia jest Zamek w Mosznej. To miejsce bardzo popularne w województwie opolskim, ale chyba jeszcze nie w Polsce, czy Europie, a naprawdę warto spędzić tu mile dzień spacerując między parkowymi alejkami i pijąc kawę w usytuowanej w oranżerii restauracji. Zresztą… Nie bez powodu te urocze zamczysko posiadające aż 99 wieżyczek zostało okrzyknięte Polskim Disneylandem.

Zamek w Mosznej odwiedziłam już kilka razy. W tym roku odbyło się to raczej przypadkiem, w drodze powrotnej z Krakowa do domu. Kiedy bywałam tu wcześniej miejsce cieszyło się popularnością, ale to co zobaczyłam w czerwcu tego roku całkowicie mnie zaskoczyło! Przed zamkiem, jak i po parku krążyła masa ludzi… I wszyscy oczywiście zapomnieli o epidemii koronawirusa. Standardowo, jak to często u nas było pchanie się, wchodzenie na siebie w kolejce, o maseczkach już dawno zapomniano, mimo, że niektórzy często zwracali innym uwagę na to, że powinnismy uważać. Szkoda, że nasza czujność została uśpiona. O skutkach przekonamy się zapewne za jakiś czas.

Ale nic… Przejdźmy do zamku 🙂

Historia Zamku w Mosznej

Nazwa Mosznej najprawdopodobniej pochodzi od rodziny Moschin, która do parafii w Łączniku przybyła w XIV w. Niektóre legendy mówią, że tutejsze ziemie należały do Templariuszy – takie wnioski wyciągnięto na początku XX w. kiedy to odkryto w parku piwnice, które uznano za pozostałości zamku. Moszna przez kolejne stulecia miała przechodzić z rąk do rąk, należała m.in. do rodzin von Skall i von Reisewitz.

Zamek w Mosznej powstał pod koniec XVIII stulecia i wybudowano go w stylu barokowym. Obecna forma była nadawana stopniowo po 1896 r. W tym czasie część barokowa spłonęła, ale została odbudowana. Przed 1900 r. powstała część wschodnia wybudowana w stylu neogotyckim oraz oranżeria. Kilkanaście lat później wzniesiono skrzydło zachodnie w stylu neorenesansowym. Wszyscy dziwili się tak szybkiej rozbudowie pałacu; w przeciągu kilkunastu lat powstało 99 wież oraz 365 komnat. Sam właściciel, którym był wtedy Franz-Hubert hr. Tiele-Wienckler sugerował, że w szybkiej odbudowie pomagał mu sam diabeł… Podobno do dziś nawet straszy w zamkowych murach.

Inna legenda mówi o angielskiej guwernantce, która służyła rodzinie Wincklerów. Ta pragnęła, aby pochować ją w ojczystym kraju. Tej prośby jednak nie spełniono i pochowano ją na wyspie w parku. Zawiedziona podobno nadal pojawia się w zamku i straszy gości. Niektórzy uważają także, że w komnatach można spotkać duchy panien, których serce miał złamać Klaus Peter Winckler. Zresztą słynął on ze swoich zdrad i bujnego życia miłosnego. Niektóre jego kochanki miały popełnić samobójstwo z powodu niefortunnego zajścia z nim w ciążę.

Z ciekawostek trzeba wspomnieć, że na początku XX w. Moszna była odwiedzana przez ostatniego króla pruskiego Wilhelma II. Wraz z właścicielem zamku wspólnie udawali się na polowania.

W czasie II wojny światowej zamek pełnił funkcję lazaretu i uniknął zburzenia. W tym czasie zniszczono jednak większość wyposażenia, a także wywieziono najbardziej wartościowe dzieła sztuki. Po zakończeniu wojny w zamku mieściły się różne instytucje, dopiero w 1972 r. utworzono tu sanatorium dla chorych na nerwicę. Od 2013 r. budynek pełni już jednak wyłącznie funkcje związane z turystyką, mieści się tu hotel i restauracja, a park udostępniony jest dla odwiedzających.

Zwiedzanie Zamku w Mosznej

Do Mosznej najłatwiej dojechać samochodem, ewentualnie można próbować PKSem, ale to znacznie utrudnia podróż. Moim zdaniem, jedynym wyjściem jest auto. Wokół zamku znajduje się wiele parkingów. Większość z nich jest płatnych (ok. 10 zł za cały dzień), poza jednym znajdującym się koło Kościoła filialnego Niepokalanego Serca Maryi.

Zamek w Mosznej można zwiedzać z zewnątrz, wystarczy wtedy wykupić jedynie bilet na tereny zespołu parkowego. Dla turystów udostępnione są także komnaty wraz z przewodnikiem (należy zakupić dodatkowy bilet) oraz różne trasy, np. zwiedzanie ekstremalne lub wejście na wieżę. Spacerując wokół zamku warto zwrócić uwagę na park, w którym znajduje się interesująca roślinność, w tym dęby szypułkowe i skupiska rododendronów. Śmiało można zabrać tutaj ze sobą koc, coś do przekąszenia i odpocząć w cieniu drzew delektując się widokiem na zamczysko.

Poza płatną częścią zamku można przespacerować się nad stawik Kolusznik (będziecie go mijać po drodze z parkingu), gdzie można zobaczyć kaczki, łabędzie z małymi i zrobić sobie ładne zdjęcie 🙂

Poza zwiedzaniem zamku i okolicznego parku w Mosznej proponowne są różnego rodzaju usługi, w tym hotel i restauracja. Zaraz obok zamku znajduje się także stadnina koni, w której można wynająć pokoje gościnne i uczestniczyć w szkółkach jeździeckich. Więcej informacji na ten temat można znaleźć tutaj.

Cennik atrakcji na Zamku w Mosznej

  • Wstęp na zespół pałacowo parkowy: styczeń-marzec/listopad-grudzień: bezpłatnie; w sezonie: bilet normalny: 10 zł, ulgowy 6 zł
  • Ceny biletów na zwiedzanie zamku z lektorem (zwiedzanie tradycyjne): bilet normalny 15 zł, ulgowy 9 zł
  • Wejście na zamkowe wieże: bilet normalny 12 zł, ulgowy 8 zł
  • Zwiedzanie ekstremalne (zwiedzanie piwnic i ukrytych komatach, od godz. 18.00; konieczna wcześniejsza rezerwacja, grupy do 6 osób): bilet normalny 38 zł, ulgowy 32 zł

Jeśli podobał Ci się wpis to zapraszam do poczytania innych moich postów na temat Polski 🙂

Jeśli podoba Ci się wpis i blog możesz wesprzeć moją działalność! Z góry dziękuje!
Postaw mi kawę na buycoffee.to
Europa Niezbędnik Polecam Porady

Budżetowe jednodniowe lub weekendowe wyjazdy zagranicę

Od 15 czerwca możemy podróżować z powrotem zagranicę, a przynajmniej po większości krajów Unii Europejskiej. Zbliżają się także wakacje i zakładam, że będziecie chcieli spędzić ten czas ze swoimi pociechami, bądź wyjechać gdzieś we dwójkę z bliską osobą. Nie zawsze chcemy, jednak odwiedzić polskie tereny, chcielibyśmy poznać coś nowego, zobaczyć miasto zagranicą, ale nie zaplanowaliśmy wcześniej naszego wyjazdu… Czasem chęć podjęcia podróży jest dość spontaniczna, a wtedy w trasę wyruszamy samochodem. Z myślą właśnie o takich osobach zaplanowałam ten post, ponieważ wiem, że nie zawsze udaje się wszystko ułożyć pod kalendarz w pracy, a kiedy okazuje się, że mamy dni wolne to samolot do upragnionego celu naszej podróży ma już zawrotną cenę!

Poniżej znajdziecie pomysły na spędzenie kilkudniowego pobytu w zagranicznych miastach leżących blisko polskiej granicy. Co należy podkreślić są to miejsca, które sama odwiedziłam, większość nawet kilkukrotnie. Mogę więc zagwarantować, że są to miejscowości warte zobaczenia. Myślę, że mieszkańcy wszystkich województw znajdą w poniższym zestawieniu coś dla siebie! Są to miejscowości, do których bardzo łatwo dostać się samochodem lub autobusem czy pociągiem. Bez problemu powinniście także znaleźć tam nocleg w przyzwoitej cenie, nawet na ostatni moment. Z drugiej strony wszystkie są na tyle atrakcyjne, że nie ma mowy o nudzie.

Drezno

Drezno jest jednym z najpiękniejszych miast Niemiec, a jeśli mieszkamy w województwie dolnośląskim, opolskim, lubskim itp. dojedziemy tam w zaledwie kilka godziny. Można się tutaj dostać na różne sposoby, samochodem, pociągiem (z Wrocławia kursuje już na stałe kilka razy dziennie), a koszt podróży nie jest już tak wysoki, jak kiedyś.

Największą popularnością w Dreźnie cieszy się stare miasto, poza pięknymi budynkami znajdujemy tam również liczne kawiarenki, restauracje i sklepiki. W przypadku zabytków do najważniejszych należy zaliczyć zamek drezdeński, który przez lata pełnił rolę siedziby książąt Saksonii, rokokowy Pałac Zwinger, Katedrę św. Trójcy, Albertinum (dawniej gmach zbrojowni, aktualnie znajduje się tutaj muzeum Państwowych Zbiorów Sztuki), Złotego Jeźdźca przedstawiającego księcia Fryderyka Augusta I (naszego króla Augusta II Mocnego) i budynek Opery (Semperoper). Koniecznie należy także zobaczyć olbrzymią mozaikę z kafelków miśnieńskiej porcelany, która została wykonana w XIX wieku. Przedstawia ona „Orszak książęcy” i została wykonana w celu upamiętnienia 800–letniej historii władców z dynastii Wettynów.

Centrum Drezna
Pałac Zwinger

Berlin

Do Berlina spokojnie zawitacie zarówno samochodem, pociągiem czy autobusem (flixbus). Po mieście łatwo komunikować się za pomocą metra, które zatrzymuje się przy wszystkich ważniejszych atrakcjach.

Stolica Niemiec przyciąga do siebie masę turystów. Bez wątpienia nie będziecie się tam nudzić! Polakom miejsce to kojarzy się chyba przede wszystkim z upadkiem muru berlińskiego i Bramą Brandenburską, niekwestionowanym symbolem miasta. Poniekąd słusznie, ale warto zobaczyć tam jeszcze przynajmniej kilka innych rzeczy! Ogromną popularnością cieszy się monumentalny Reichstag z nowoczesną architekturą wnętrza. Masa turystów, jak i mieszkańców uwielbia przesiadywać na trawniku przed budynkiem i urządzać małe pikniki. Stamtąd można też wykonać ciekawe zdjęcie.

Brama Brandenburska
Budynek Reichstagu w Berlinie

Koniecznie trzeba zobaczyć także tzw. Wyspę Muzeów usytuowaną nad rzeką Sprewą. Obowiązkowo zajrzyjcie do Muzeum Pergamońskiego, a na osobną wycieczkę warto pojechać zobaczyć Pałac Charlottenburg! Spokojnie spędzicie tu cały dzień 🙂

Poza tym… Jeśli lubicie zakupy to znajdziecie tu masę butików, lokalną Galerie Lafayette, a pod Berlinem mieści się ogromna wioska outletowa z najlepszymi markami 😉

Praga

Pragę każdy z nas powinien choć raz w życiu zobaczyć! To jedno z najlepiej zachowanych gotyckich zabudowań urbanistycznych w Europie, a mamy do niego tak blisko, zwłaszcza z województw południowych. Czy można Pragę zwiedzić w jeden dzień czy weekend? Może nie zobaczymy wszystkiego, ale najważniejsze atrakcje jak najbardziej. Kiedyś mój mąż zabrał mnie na jeden dzień do stolicy Czech z okazji Dnia Kobiet i byłam bardzo zadowolona. Spokojnie możecie przejść się od centrum, pięknego ratusza z charakterystycznym zegarem Orloj w kierunku Mostu św. Karola, a później podreptać w górę na Hradczany. Stamtąd zobaczycie piękną panoramę miasta. Jeśli starczy Wam sił to można zwiedzić zamek oraz kościół, a jeśli nie to usiąść w jednej z kawiarenek i delektować się ciastem. Polecam także słynne knedliki (aż się stęskniłam za tym smakiem!).

Centrum Pragi
Zegar Orloj
W drodze na Hradczany
Widok z Hradczan na centrum Pragi
Archikatedra Świętych Wita, Wacława i Wojciecha w Pradze

Ołomuniec

Pomyślałam, że warto w tym zestawieniu wspomnieć także o Ołomuńcu. W naszych planach wyjazdowych przeważnie bierzemy pod uwagę Pragę, co niestety jest troszkę krzywdzące dla „mniejszego brata” stolicy Czech. Miasto to słynie przede wszystkim z wielu zabytków, które przetrwały z powodu braku zawieruch wojennych po wojnie trzydziestoletniej. Ołomuniec to ciekawy punkt wypadowy przede wszystkim dla mieszkańców województw południowych, ponieważ można się tu udać z tych terenów nawet na jeden dzień czy kilka godzin.

Na szczególną uwagę zasługuje stare miasto, które jest najlepiej zachowanym zespołem miejskim w Czechach zaraz po Pradze. Warto pospacerować po rynku, na którym wznosi się piękna kolumna morowa i liczne fontanny, a także obejrzeć ratusz ze średniowiecznym zegarem astronomicznym. Osobną uwagę powinniśmy poświęcić Katedrze św. Wacława. W Ołomuńcu zresztą napotkamy wiele kościołów, które warto obejrzeć. Jeśli mamy trochę więcej czasu to warto pojechać do Svatý’ego Kopečka, jednej z dzielnic miasta i zobaczyć tamtejszą Bazylikę Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny.

Kolumna morowa w Ołomuńcu
Katedra św. Stefana w Ołomuńcu

Jeśli chcecie przeczytać więcej o Ołomuńcu zapraszam do osobnego posta na moim blogu: Ołomuniec – czeska perełka w jeden dzień. Jakiś czas temu napisałam także o Svatým Kopečku: Svatý Kopeček – malownicza dzielnica Ołomuńca.

Bańska Bystrzyca i Bańska Szczawnica

Pewnie niektórzy z Was drapią się po głowie czytają te nazwy. Mogę jednak poręczyć, że jeśli postanowicie odwiedzić Słowacje to z pewnością będziecie zadowoleni. Może to nie Europa Zachodnia, ale stanowi z pewnością ciekawe miejsce na kilkudniowy wyjazd.

Bańska Bystrzyca
Główny deptak w Bańskiej Bystrzycy

Bańska Bystrzyca i Bańska Szczawnica to jedne z najpiękniejszych miasteczek Słowacji, gdzie z pewnością warto spędzić więcej niż jeden dzień. W każdym z nich znajdziecie piękne uliczki z kolorowymi kamienicami i kościółkami. Każda z tych miejscowości ma także swoje „zamczysko”, a Bańska Szczawnica nawet dwa (Stary i Nowy Zamek), które są pięknie usytuowane na wzgórzu. Słowacja zresztą chyba słynie ze swoich zamków 🙂

Nowy Zamek w Bańskiej Szczawnicy
Bańska Szczawnica
Centrum w Bańskiej Szczawnicy

Wielką atrakcją Bańskiej Szczawnicy jest także Ogród Botaniczny, gdzie można zobaczyć gatunki roślin i drzew niespotykanych w tym regionie, w tym ogromne sekwoje!!! Nie przepadam za takimi atrakcjami, bo szybko nudzi mnie oglądanie flory, ale tutaj bardzo mi się podobało 🙂

Lwów

Otwarcie granic z Ukrainą może nie nastąpić tak szybko, jak wewnątrz Unii Europejskiej, ale może tego posta będziecie przeglądać także w przyszłości więc myślę, że warto wspomnieć o naszym wschodnim sąsiedzie. Lwów zawsze warto mieć na uwadze planując swoje wyjazdy.

We Lwowie można spędzić tygodnie oglądając miejsca związane z polską historią. Jest to jednak także super miejsce na weekendowy city break! Lwów proponuje nam naprawdę ciekawą formę zwiedzania czasu. Tłumy turystów przyciąga tamtejsza starówka z masą kolorowych sklepików z pamiątkami, restauracyjkami i kawiarenkami. Tutejsze ceny są chyba najbardziej przystępne ze wszystkich przedstawionych przeze mnie miast. Super obiad w samym centrum możecie zjeść za kilkanaście złotych razem np. z piwem czy sokiem. Warto także zajść do Pijanej Wśni, gdzie uraczycie się przepysznym likierem, a przy okazji możecie spoglądać na piękny budynek ratusza, na którego wieżę można wejść żeby zobaczyć miasto.

Rynek we Lwowie
Słynna Baszta Prochowa we Lwowie

Spacerując uliczkami Lwowa na każdym kroku w zasadzie natkniecie się na jakieś zabytki. Warto zwrócić uwagę na kamienice znajdujące się w rynku; najsławniejsze to Czarna Kamienica, Kamienica Królewska czy Kamienica Lubomirskich. W tej ostatniej aktualnie znajduje się świetnia kawiarnia wraz ze sklepem, gdzie możecie zabrać ze sobą trochę tego smaku do domu. Punktem obowiązkowym zwiedzania jest Opera znajdująca się przy Wałach Hetmańskich, warto także zobaczyć Basztę Prochową z charakterystycznymi lwami, Pałac Potockich, Arsenał Królewski, dzielnice ormiańską z katedrą oraz liczne kościoły. Długo by jednak w tym miejscu wymieniać wszystkie zabytki Lwowa, które warto zobaczyć, można o tym rozprawiać godzinami. Lwów to idealne miejsce zarówno na spędzenie tygodnia, jak i weekendu – bardzo polecam.

Opera

Wilno i Troki

Litwa to doskonała propozycja dla mieszkańców północno-wschodnich województw Polski! Z Warszawy czy Białegostoku można się tutaj dostać autobusem, a z naszej stolicy także samolotem. Bez problemu dojedziecie tu także samochodem, a wiele hoteli proponuje w cenie także darmowy parking. Na naszą kieszeń na Litwie nie jest nadal strasznie drogo, więc wybierając się tu na kilka dni z pewnością nie stracicie majątku 🙂

Bazylika Archikatedralna św. Stanisława Biskupa i św. Władysława w Wilnie
Widok w kierunku ulicy Giedymina w Wilnie

W czasie pobytu w Wilnie z pewnością warto zwiedzić starówkę z monumentalną śnieżnobiałą Bazylikę Archikatedralną św. Stanisława Biskupa i św. Władysława z ogromną dzwonnicą i górującym nad nią starym zamkiem. Bardzo przyjemny jest także spacer już legendarną ulicą Pilies (Zamkową), a na zakupy można udać się na ulicę Giedymina, gdzie poza butikami, licznymi kawiarenkami i restauracjami napotkamy galerię Giedymino 09. Na obiad polecam któreś z tradycyjnych ziemniaczanych dań, najlepiej zacząć od słynnych cepelinów (zeppelinów), do których koniecznie trzeba spróbować tutejszego piwo (polecam Baltijos). Restauracja, którą uwielbiam znajduje się przy ulicy Pilies – Etno Dvaras (cepeliny kosztują ok. 4 euro, piwo 2 euro).

Jedna z uliczek w centrum Wilna
Cmentarz na Rossie w Wilnie

Po obiedzie możemy pospacerować uliczką w górę w kierunku Matki Boskiej Ostrobramskiej, stamtąd mamy już kilka kroków do murów miasta i kilku innych zabytków, w tym kościołów. Najważniejsze atrakcje Wilna znajdują się w większości w niedużej odległości od siebie co pozwala na przyjemne i bezproblemowe zwiedzanie. W centrum znajdziemy masę restauracyjek i kawiarenek, a także sklepików z różnego rodzaju pamiątkami, np. popularnymi bursztynami czy ubraniami z lnu.

Jeśli mamy trochę czasu i zostajemy w Wilnie na dłużej koniecznie trzeba podjechać (samochodem lub marszrutką, które zatrzymują się przed bazyliką) do Trok. Z pewnością zachwyci Was wykonany z czerwonej cegły zamek okrążony jeziorem – scenografia idealna do zdjęć. Dodatkową atrakcją jest wyjątkowe na skalę europejską jedzenie przygotowywane przez mniejszość etniczną – Karaimów. Koniecznie musicie spróbować kibinów (pierogi z ciasta drożdżowego z różnym nadzieniem). Można je kupić na każdym kroku w stojących na kółkach małych budkach. Aby spróbować czegoś bardziej sycącego warto usiąść w jednej z restauracyjek i delektować się widokiem na zamek. Jestem pewna, że Troki Was zauroczą 🙂

Zamek w Trokach
Zamek w Trokach został odbudowany po zniszczeniach w czasie II wojny światowej

Weekend zagranicą

W moich propozycjach pojawiły się także kraje, do których aktualnie nie możemy wjechać (np. Słowacja i Ukraina), ale myślę, że niedługo i te państwa będziemy mogli odwiedzić. Wynika to z tego, że napisałam tego posta z myślą także o osobach, które zapoznają się z nim za jakiś czas, za miesiąc czy rok. Wydaje mi się, że powyższe zestawienie będzie przydatne w czasie planowania przez Was bliskich wyjazdów zagranicznych i to nie tylko w aktualnej „koronawirusowej” sytuacji. Nie jest możne ona najprostsza, ale starajmy się cieszyć możliwością podróżowania, a przede wszystkim pamietajmy o bezpieczeństwie naszym i otaczających nas ludzi!

Macie już jakieś plany na najbliższe wyjazdy zagranicę? Dajcie znać w komentarzach 🙂
Kujawsko-pomorskie Polska

U piernika i Kopernika. Co warto zobaczyć w Toruniu w jeden dzień?

Jest przynajmniej kilka powodów, dla których warto odwiedzić Toruń. Bezsprzecznie są nim pierniki sprzedawane w każdym zakątku miasta, a jedzone na jednej z ławek w rynku smakują niczym ambrozja. Innym jest masa zabytków, które swoją rangą gonią te europejskie, a wokół nich powstało wiele ciekawych, a nieraz i zabawnych legend. W końcu warto przespacerować się kolorowymi uliczkami hanzeatyckiego miasta i dotrzeć do miejsca narodzin osoby, która zmieniła bieg dziejów całego świata – Mikołaja Kopernika.

Pochodzenie nazwy miasta i herb

Jest chyba przynajmniej kilka legend mówiących o pochodzeniu nazwy Torunia. Jedna z nich mówi o przyjaźni pomiędzy jedną z baszt i Wisłą. Rzeka opowiadała wiele pięknych historii, a baszta zaczęła zazdrościć jej ciekawego życia. Do tego Wisła rozrastała się i w pewnym momencie jej brzegi były już bardzo blisko murów. Baszta krzyknęła, więc że niedługo runie jeśli rzeka nie powstrzyma procederu. Wisła zaś odpowiedziała: to ruń! Okoliczni żeglarze usłyszeli ten krzyk i stwierdzili, że to nazwa miasta – Toruń.

Podróżnych ciekawi zawsze także historia herbu Torunia, który przedstawia anioła z kluczem w ręku, strzegącego czerwonych murów miejskich z trzema basztami. Z tym przedstawieniem związana jest legenda. Pewnemu franciszkanowi w 1499 r. miał przyśnić się anioł, który ostrzegał, że jeśli mieszkańcy Torunia nie zaczną wieść bardziej pokutnego życia to miasto w przeciągu roku runie. Był jednak ratunek. Mieszkańcy musieli przebrać się w wory pokutne i modlić się o przebaczenie. Nikt jednak nie wierzył w przestrogę zakonnika i dopiero znaki, które pozostawiał anioł opiekujący się Toruniem wpłynęły na postawę mieszkańców. Liczne msze i pokutne życie nie dawały jednak żadnych rezultatów. Okazało się, że aby otrzymać przebaczenie Boga trzeba odlać ogromny dzwon, który ważył 7 ton i miał dwa metry średnicy. Bóg przyjął ten prezent i dzwonieniem miał przypominać ludziom o konieczności oddania mu czci. Ustanowił także opiekunem miasta anioła i ofiarował mu klucz do Torunia. Dopóki trzyma klucz, będzie bronił mieszkańców. Anioł objawił się także ludziom po jednej z niedzielnych mszy. Od tamtego czasu na stałe zagościł już w herbie Torunia.

Stare Miasto

Fakt wpisania Zespołu Staromiejskiego na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO mówi sam za siebie. Na terenie miasta przeszło 1100 obiektów zostało wpisanych do rejestru zabytków, a Toruń znajduje się na Europejskim Szlaku Gotyku Ceglanego. Czy muszę coś jeszcze dodawać?

Zwiedzając miasto warto zapamiętać, że dzieli się ono na Stare i Nowe Miasto oraz Zamek Krzyżacki. Błędnie przyjęło się potoczne nazywanie Starym Miastem, całego zespołu włączonego na listę UNESCO. Bez wątpienia jednak to właśnie ta część Torunia przyciąga największą uwagę turystów ze względu na zwartą, a przede wszystkim piękna zabudowę i wyjątkowe na skale polską zabytki.

Stare Miasto zostało lokowane w 1236 r., a jego układ urbanistyczny powstawał przez kolejne 20 lat. Toruń od początku miał charakter miasta kupieckiego stowarzyszonego w Hanzie. W związku z tym, że zamieszkiwane było przez bogatych patrycjuszów szybko zaczęło się rozwijać. Był także jednym z najbogatszych miast najpierw w Państwie Krzyżackim, Prusach i Rzeczypospolitej.

Poniżej znajdziecie wykaz kilku miejsc, które powinniście zobaczyć na Starym Mieście w czasie swojego wypadu 🙂

Rynek Staromiejski, ratusz i okoliczne uliczki

Wchodząc na rynek od razu naszą uwagę przyciąga ratusz ze stojącym przed nim pomnikiem Mikołaja Kopernika. Budynek ratusza powstawał w XIII i XIV w., był wielokrotnie przebudowywany, a w XVIII stuleciu odbudowany po zniszczeniach. Uważany jest za jeden z najwybitniejszych przedstawień średniowiecznej architektury mieszczańskiej w tej części Europy. Aktualnie znajduje się tutaj Muzeum Okręgowe w Toruniu.

Największą atrakcją ratusza jest chyba jednak możliwość wspięcia się na jego wież, z której rozpościera się widok na całe Stare Miasto. Ja uwielbiam takie atrakcje i zawsze chętnie korzystam z takiej możliwości! Wstęp wynosi 17 zł (bilet normalny) lub 12 zł (ulgowy).

Kościół św. Ducha

Ogromną popularnością cieszą się niektóre kamienice znajdujące się przy rynku. Z pewnością warto zwrócić uwagę na Kamienice Pod Gwiazdą charakteryzującą się złotym kolorem i bogatym zdobieniem. Jej nazwa pochodzi od złotej gwiazdy znajdującej się na jej szczycie.

Kamienica Pod Gwiazdą

Wyróżnia się także Dwór Artusa. Budowla ta zajmuje dawne parcele średniowieczne, gdzie mieścił się tzw. Dom Towarzyski wybudowany pod koniec XIV stulecia. Budynek był kilkukrotnie przebudowywany, następnie rozebrany przez władze pruskie w XIX w. otrzymał ostatecznie obecny kształt.

Dwór Artusa

Z pewnością warto przejść się po uliczkach odchodzących od rynku, znajdziecie tam masę sklepików z pamiątkami, przyjemne kawiarenki i restauracje ze smacznym jedzeniem. Do tego warto na chwilę zawiesić oko na pięknych, zadbanych kamienicach.

Ulica Ciasna (na zdjęciu po prawej), to jak nazwa wskazuje jedna z najwęższych ulic na Starym Mieście. Niektórzy uważają, że uliczka istniała jeszcze przed lokacją miasta i jest częścią traktu, który biegł przez dolinę Postolca z osady podgrodowej do grodu. Oznacza to, że byłaby to najstarsza ulica w mieście!

Pręgierz

Z tym wesołym i jakże miłym osiołkiem zdjęcie robi sobie każdy turysta! To konieczność w czasie pobytu w Toruniu. Nie raz turyści głaszczą go, co ma przynieść szczęście.

Osioł w rzeczywistości nawiązuje do dawnego pręgierza, który stał niegdyś na miejscu pomnika Mikołaja Kopernika. Było to miejsce, w którym wymierzano kary chłosty czy ucinania członków żołnierzom, którzy dopuścili się różnych przewinień.

Postać osła nawiązuje do narzędzia tortur używanego w całej nowożytnej Europie wobec przestępców, a przede wszystkim heretyków i czarownic. Znajdowało się ono także przy toruńskim rynku, zaraz przy budynku odwachu przy ulicy Żeglarskiej. Podobnie jak większość tego typu narzędzi tortur toruński osioł był drewniany, a z góry pokryty był wyostrzoną z góry blachą. Sadzano na nich osobę oskarżoną o przestępstwa, a często do jej nóg przywiązywane były ołowiane ciężarki, które miały spowodować jeszcze większy ból. „Oryginalny osioł” stał w Toruniu do 1797 r.

Krzywa Wieża i mury miejskie

Popularna Krzywa Wieża to jedna z baszt miejskich w Toruniu, która swoją nazwę zawdzięcza odchyleniu od pionu wynoszącemu 1,46 metra. Jedna z jej „sióstr” znajduje się w Ząbkowicach Śląskich. Powstała w drugiej połowie XIII w. Początkowo prosta; z powodu osadzenia jej na piaszczysto-gliniastym gruncie zaczęła się osuwać. Teraz uważa się, że oparła się już na gruncie bardziej stabilnym. Jest to z pewnością jedno z „must see” w czasie pobytu w Toruniu!

Krzywa Wieża

Jedną z atrakcji Torunia są także jego mury miejskie. Najdłuższy ich fragment (ok. 1 km) znajduje się zaraz przy Wiśle. Inne elementy możemy znaleźć także w innych częściach Torunia, spacerując wokół Starego i Nowego Miasta. Większość została jednak rozebrana przez władze pruskie w latach 1873-1899. Przez wieki Toruń był jednym z najlepiej ufortyfikowanych miast na tym terenie, okrążony był bowiem podwójnym murem (niskim i wysokim, przedzielonym fosą). Wielokrotnie obwarowania były także podwyższane oraz rozbudowywane.

Ważnym elementem murów miejskich były oczywiście baszty, bramy i barbakany. Do dziś zachowało się 9 baszt i 3 bramy (pierwotnie było 54 baszty, 13 lub 14 bram i 2 barbakany).

Dom Mikołaja Kopernika

Z pewnością warto odwiedzić także Dom Mikołaja Kopernika (ul. Mikołaja Kopernika 15). Nie wiadomo jednak do końca czy to faktycznie w tej kamienicy mieszkał słynny na skalę europejską astronom… Kamienica pochodzi z XIV w. i to tak zwany spichlerzodom, które pełniły niegdyś funkcje zarówno mieszkalne, jak i magazynowe. To prawdopodobnie w tym miejscu przyszedł na świat w 1474 r. Mikołaj Kopernik, a teraz mieści się tutaj muzeum jego imienia. Bilet na ekspozycję wynosi 17 zł (normalny), 13 zł (ulgowy), zaś na filmy 4D należy dopłacić drugi raz tą samą kwotę. Warto pamiętać, że w środy wstęp na wystawy stałe jest bezpłatny!

Dom Kopernika (źródło: http://podroze.beatamazurek.com/)

Kościoły

Przechadzając się po Toruniu napotkamy masę kościołów. Jest ich tyle, że w zasadzie ciężko je wszystkie spamiętać dlatego wspomnę tutaj o kilku najważniejszych. Najwybitniejszym przedstawieniem architektury gotyckiej bez wątpienia jest Kościół Mariacki, który zaliczany jest do trzech największych kościołów w północnej Polsce. Łatwo go zauważyć, ponieważ jest na tyle wysoki, że góruje nad Starym Miastem. Warto zwiedzić jego wnętrze, znajdują się tam gotyckie stalle i polichromie ścienne, renesansowe organy i, co chyba najważniejsze, mauzoleum Anny Wazówny.

Widok z wieży ratuszowej na Kościół Mariacki

Jednym z nich jest bazylika katedralna św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty. Świątynia była wielokrotnie przebudowywana, ostateczny kształt uzyskała w XV stuleciu. W tym czasie wzniesiono też przyciągającą uwagę masywną wierzę kościoła. Z ciekawostek warto wspomnieć, że pochowane jest tutaj serce króla Jana Olbrachta, a w środku znajdziemy także kilka pamiątek poświęconych Mikołajowi Kopernikowi: chrzcielnicę, epitafium i pomnik z XVIII w. Na wspomnianej wieży zawisł także największy w Polsce dzwon – Tuba Dei – to podobno ten, który odlano, aby uratować miasto przed zniszczeniem!

Przy rynku znajduje się również kościół Świetego Ducha, którego budowa rozpoczęła się w 1743 r. Z powodu skomplikowanej sytuacji politycznej została przerwana, ponieważ środowiska katolickie nie chciały pozwolić na powstanie kościoła luterańskiego. W obawie przed tumultami religijnymi król August III wydał zakaz budowy. Pomysł odrodził się kilka lat później, zgodzono się na powstanie kościoła, jednak miał bardziej przypominać kamienice niż standardową świątynie. Budowla nie posiadała bowiem wieży. Na tym etapie prace zakończono w 1756 r. Wieżę dobudowano dopiero ponad stulecie później, w latach 1897-1899.

Bazylika katedralna św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty w Toruniu

Zamek krzyżacki

Zamek krzyżacki i jego najbliższe okolice tworzą kolejną część, która wchodzi w Średniowiecznego Zespołu Miejskiego Torunia. Wznosił się między Starym i Nowym Miastem, trzymając oba w szachu, i dlatego został zburzony już na początku wojny trzynastoletniej. Ruiny, które pozostały po zamku są śladem najstarszej warowni krzyżackiej w Ziemi Chełmińskiej.

Okolice zamku

Zamek w Toruniu pełnił rolę bazy wypadowej Krzyżaków, którzy wyruszali na podbój Prus. Jego budowę rozpoczęto w XIII w. i składał się z zamku głównego, międzymurza oraz przedzamczy. Szturm mieszczan Starego Miasta na zamek (1454 r.) rozpoczęło polsko-krzyżacką wojnę trzynastoletnią. Niedługo później na rozkaz rady miejskiej Torunia został rozebrany, aby nigdy więcej nad miastem nikt nie sprawował nad miastem władzy zwierzchniej.

Struga toruńska przepływająca przez dawny Młyn Górny przy zamku krzyżackim

Nowe Miasto

Nowe Miasto to trzeci z elementów, który wchodzi w zespół objęty wpisem na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Nazwa tej części Torunia jest myląca, bo nie jest ona wcale taka „nowa”. Lokowano je bowiem w 1264 r., czyli 31 lat po utworzeniu starego. Zajęło ono miejsce za murami, a rozbudowa była związana z bardzo szybkim rozwojem Torunia. Co warto podkreślić, zostało zaplanowane na 14 ha, a więc powierzchni większej niż przeciętne miasto średniowieczne.

Rynek Nowomiejski

Pierwotnie w rynku znajdował się Ratusz Nowomiejski, który jednak nie dotrwał do naszych czasów. Z powodu złego stanu technicznego został rozebrany przez władze pruskie w czasie zaboru w 1818 r. Na jego miejscu postawiono budynek zboru ewangelickiego św. Trójcy, który aktualnie użytkowany jest w celach kulturalnych. Po średniowiecznym ratuszu pozostały tylko piwnice. W rynku znajdował się także kościół św. Mikołaja i klasztor dominikański jednak one także zostały rozebrane w czasie zaborów w XIX w. Niektórzy uważają, że to jedna z największych strat dla Torunia. Jeśli jesteście ciekawi, więcej informacji o tym budynku i planach zagospodarowania miejsca po nim możecie znaleźć tutaj.

Widok na kościół św. Trójcy

Rynek Nowomiejski jest uroczy, nie dorównuje jednak rozmachem temu starszemu. Warto tu zwrócić uwagę na kilka kamieniczek, np. Aptekę Pod Złotym Lwem czy Gospodę Bractwa Murarskiego w Toruniu. Kilka kroków od Rynku Nowomiejskiego znajduje się kolejna świątynia warta zobaczenia – Kościół św. Jakuba. Wzniesiony został w pierwszej połowie XIV w., a obecnie traktowany jest za jeden z najważniejszych zabytków Nowego Miasta. Jednocześnie uważa się go za najcenniejsze osiągniecie architektoniczne okresu średniowiecza w Polsce, ponieważ charakteryzuje się rzadko używanym na tych terenach systemem konstrukcyjnym. Polegał on na przeniesieniu ciężaru sklepień nawy głównej za pomocą łuków odporowych na szkarpy naw bocznych.

Kamieniczki przy Rynku Nowomiejskim
Kościół św. Jakuba

Posążki, fontanny i nie tylko…

Wyżej wspomniałam Wam o dwóch najważniejszych pomnikach w Toruniu – pomniku Mikołaja Kopernika i słynnym, uśmiechniętym Osiołku. Jednak to nie jedyne tego rodzaju atrakcje tego miasta, inne możemy napotkać spacerując po starówce zarówno Starego, jak i Nowego Miasta.

Nie tylko Kraków ma swojego smoka. Spotkamy go też w Toruniu! Tu ma jednak o wiele bardziej uroczą formę niż ten, którego możemy spotkać przy Wawelu. Ceramiczny jaszczur nawiązuje do wydarzeń, które miały mieć miejsce w Toruniu w 1746 r. Dwoje świadków miało zobaczyć 2-metrowego, latającego czarnego jaszczura w rejonach Przedzamcza. Jego palce miały być zrośnięte błoną a ogon błyszczący. Smok miał być także dostrzeżony 30 lat wcześniej w ogrodzie toruńskiego burmistrza Kazimierza Leona Schwerdtmanna.

Spacerując zaraz przy Rynku Staromiejskim z pewnością natkniecie się na pomnik małego, słodkiego pieska trzymającego kapelusz w pyszczku. To Filuś. Nawiązuje do popularnego rysownika Zbigniewa Lengrena, uważanego za głównego twórcę historyjek o profesorze Filutku i jego psie. Opowieści te znajdują się na ostatnich stronach gazety „Przekrój”.

Pomnik flisaka z niewielką fontanną znajduje się zaraz obok ratusza. Z nim także wiąże się legenda. Głosi ona, że pewnego roku z powodu powodzi, bądź klątwy, którą na Toruń miała rzucić wygnana żebraczka, miasto miała nawiedzić plaga żab. Było to na tyle uciążliwe, ze burmistrz wyznaczył nagrodę oraz rękę swej córki dla osoby, która pozbędzie się płazów. Zwycięzcą okazał się flisak o imieniu Iwo, który zaczarował żaby swoją grą na skrzypcach. Udały się one za nim, przeszły przez Bramę Chełmińską i pozostały już na stałe na terenach dzielnicy Mokre. Inna wersja mówi, że na Toruń plagę żab ściągnęła czarownica, której dom chciał zburzyć burmistrz pragnący rozbudowy miasta.

Żaby przy pomniku flisaka

Przechadzając się po Nowym Mieście z pewnością napotkamy także a pomnik Toruńskiej Przekupki siedzącej zaraz przy kościele św. Trójcy. Mnie ona wyjątkowo bawi 😀

Toruńska Przekupka

W centralnej części miasta, przy ulicy Szerokiej, która odwiedzana jest zarówno przez mieszkańców, jak i turystów możemy napotkać liczne herby średniowiecznych miast (Aleja Herbów Miast Hanzeatyckich i Handlowych) wmurowane w płyty chodnikowe. Zamontowano je w 2009 r. w celu upamiętnienia najważniejszych handlowych partnerów Torunia.

Oczywiście możecie pokrążyć po mieście i poszukać innych pomników, fontann i statuetek – jest ich cała masa! Po pobycie w Toruniu można pochwalić się nie małą galerią figurek napotkanych w trakcie spacerów. Choć chyba nie ich tyle, co wrocławskich krasnali! 😀

Toruńska Piernikarka – Nawiązuje do otwarcia w 1751 r. fabryki pierników Gustawa Weesego

Pierniki

Oczywiście nie mogło tutaj zabraknąć informacji o piernikach! Odwiedzając Toruń, koniecznie trzeba ich spróbować i zabrać trochę do domu. Ja pamiętam, że kupiłam przynajmniej kilka opakowań. Sklepiki z tym regionalnym przysmakiem spotkacie na każdym kroku, a do wyboru jest masa ich rodzajów, nadziewane, oblane lukrem czy czekoladą, o różnych kształtach. Najpopularniejsze są oczywiście Katarzynki (jakby złożone z 6 medalionów). Najsłynniejszy przysmak Torunia i sposób jego wypieku ma ponad 700 lat! Powstaje z wyjątkowego rodzaju miodu, który zbiera się wyłącznie nad Wisłą w okolicach miasta.

Toruńskie pierniki (źródło: http://www.toruntour.pl/1601/pierniki-torunskie)

Przy ul. Rabiańskiej w Toruniu znajduje się także Żywe Muzeum Piernika (bilet normalny – 24 zł, ulgowy – 19 zł, dzieci do lat 3 wstęp bezpłatny), którym możemy nie tylko poznać w zrekonstruowanej nowożytnej piekarni tajniki wypieku tych słodyczy, ale także sami je wyrobić! To przede wszystkim wielka atrakcja dla dzieci, ale myślę, że także dorośli będą mogli się przy tym świetnie zabawić! Co warto podkreślić wypiek piernika odbywa się w tradycyjnych drewnianych formach.

Pierniki mają także swoje święto, które odbywa się w Toruniu od 2002 r. w okolicach 10 sierpnia. Podczas wydarzenia można zaznajomić się z produkcją tego słodkiego wyrobu, a także pobawić się przy Bulwarze Filadelfijskim na koncertach.

„Gotyk na dotyk”

Toruń to zdecydowanie jedno z najbardziej „czerwonych” (i chodzi mi tu o cegłę!) miast, jakie udało mi się dotąd zobaczyć. Nie bez powodu miasto, więc reklamuje się hasłem „Gotyk na dotyk”, bo spotykamy go na każdym kroku. Ogromnym walorem Torunia jest również to, że w względnie niewielkich odległościach mamy dostęp do wielu atrakcyjnych miejsc, przygotowanych zarówno dla dorosłego, jak i młodszego odwiedzającego. Miasto oferuje turystom urozmaicone sposoby spędzania czasu wolnego. Równie dobrze możemy spędzić tu jeden dzień czy weekend, ale również i tydzień – z pewnością nie grozi nam nuda.

Dolnośląskie Niezbędnik Opolskie Polska Porady

Jednodniowa wycieczka po Śląsku – moje refleksje

W obecnej sytuacji nie pozostało nam nic innego, jak bezpieczne zwiedzanie Polski. Choć bardzo bym chciała pojechać do Niemiec to nie będzie mi to dane jeszcze przez najbliższe kilka tygodni. Polski zwiedzać nie lubię – pewnie wielu z Was mnie przez to znienawidzi. Po tym poście pewnie stwierdzicie, że powinnam docenić to co nasze, polskie. Jednak nie prowadzę tego bloga po to żeby podobał się on wszystkim, a chce też pisać prawdę i to jak ja oceniam niektóre miejsca. Nie będzie, więc to standardowy tekst typu „Polska jest piękna” i jej powalających na kolana walorach naszego kraju, a raczej o tym co powinno się zmienić, abyśmy dogonili naszych zachodnich sąsiadów, a nie pozostawali na tym samym poziomie renowacji zabytków, co byłe państwa ZSRR.

W maju, kiedy zaczęło się robić przyjemniej pod kątem pogodowym, nie mogąc już dłużej wysiedzieć w domu postanowiłam zrobić kilka małych wycieczek po najbliższej okolicy. Przeszukałam internet, nawet zapytałam Was na Instagramie, jakie miejsca w okolicach Opola polecacie do odwiedzenia. Wybrałam kilka, początkowo były to tylko Ząbkowice Śląskie i Paczków. Po drodze, już w samochodzie narodziło się jeszcze kilka pomysłów. I bardzo dobrze, że tak się stało, bo po tej wyprawie wróciłabym z całkowicie negatywnym nastawieniem wobec stanu zabytków w Polsce.

Klasztor Księgi Henrykowskiej

Na początku zatrzymaliśmy się w Klasztorze Księgi Henrykowskiej – było całkiem przyjemnie. To jeden z punktów Szlaku Cysterskiego, który ciągnie się przez całą Europę, w tym przez Polskę. Powołany został do życia w ramach Europejskich Dróg Kulturowych.

Najlepiej zajechać tu samochodem. Jeśli chce się zostać na dłużej, zwiedzić wnętrza klasztoru oraz park lepiej zabrać ze sobą jakieś zaopatrzenie, choć znajdziemy tu co prawda restaurację, a także sklepiki spożywcze, w tym bardzo „tradycyjne”. Tutejsi „miejscowi” są bardzo pomocni i wskażą Wam z pewnością drogę do klasztoru. Można pod niego spokojnie bezpośrednio podjechać samochodem, nie ma tu opłat parkingowych itp.

Najważniejszym punktem zespołu jest kościół Wniebowzięcia NMP i św. Jana Chrzciciela, który powstał w XIII w. Przebudowywano go na nową modłę kolejno w XIV, XVII i XVIII stuleciu. Z pewnością warto zobaczyć barokowe wnętrza klasztoru – mnie niestety się nie udało. Szczególną uwagę przyciągają Stelle Henrykowskie znajdujące się w kościele, a także dekoracje wnętrz. Klasztor zasłynął także jako miejsce powstania słynnej Księgi Henrykowskiej, która od 2015 r. znajduje się na liście „Pamięć Świata” UNESCO.

Na zewnątrz warto przypatrzyć się misternie wykonanej XVII-wiecznej kolumnie św. Trójcy, a później okrążyć budowlę i pospacerować chwilę po parku. Od fasady budowla wydaje się zadbana, niestety kiedy skręcimy gdzieś w bok to wrażenie mija, budowla już nie jest odnowiona, w niektórych miejscach coś odpada. Tyle dobrze, że klasztor został zabezpieczony przed wilgocią – mam nadzieje, że to jeden z kroków, który pomoże w dalszej rewitalizacji tego miejsca.

Ząbkowice Śląskie – tylko Krzywa Wieża…

Słynne Frankenstein, czyli aktualnie Ząbkowice Śląskie leżą jakieś 20-25 minut drogi od Henrykowa. Wjeżdżając do miasta pomyślałam sobie „kurcze, chyba bogaci ludzie tu mieszkają”, bo na obrzeżach budowała się masa nowoczesnych domków jednorodzinnych. Sugerowało to, że centrum będzie ładne i zadbane. Bardzo mocno się pomyliłam. Później doszłam do wniosku, że mieszkańcy raczej uciekają z centrum na obrzeża miasta.

Ta średniowieczna miejscowość, ma ciekawą i barwną historię, a jedna z nich stała się prawdopodobnie inspiracją do napisania słynnego „Frankensteina” pióra Mary Shelley. Na początku XVII stulecia w Ząbkowicach panowała zaraza, o której wywołanie posądzono tutejszych grabarzy. Początkowo komisja powołana do zbadania sprawy nie podeszła do niej zbyt poważnie, aż do momentu znalezienia u jednego z oskarżonych tajemniczego proszku uznanego za trujący. Podczas tortur grabarze przyznali się, że wspomniany proszek wykonywali ze zwłok i rozsypywali go w różnych miejscach w mieście, aby przynosił śmierć i nieszczęście. Dopuszczali się także innych haniebnych czynów, jak wycinanie brzemiennym, zmarłym kobietą płodów, aby później zjeść ich serca, kradzieży i gwałtów. Ostatecznie oskarżonych skazano i spalono na stosie.

Ta fascynująca, choć brutalna opowieść mogłaby sugerować, że Ząbkowice Śląskie są idealnym miejscem do odwiedzenia. Niestety, ja mocno rozczarowałam się tym miastem.

Bez wątpienia główną (jeśli nie jedyną) atrakcją Ząbkowic Śląskich jest Krzywa Wieża. I rzeczywiście jest bardzo krzywa i widać to na pierwszy rzut oka – to jak najbardziej liczy się na plus. Odchylona jest o 2,14 metra i jest najwyższą tego typu budowlą w Polsce (34 m). Nazywana jest „śląską Pizą”, bardzo nie lubię nadawania takich przydomków, bo skoro Polska jest piękniejsza i ma więcej do zaoferowania niż pozostałe kraje to po co? Po drugie to bardzo krzywdzące zarówno dla samego zabytku, jak i dla turysty, który przyjeżdża w dane miejsce i ma pewne oczekiwania, a w przedstawionym przypadku pewnie się zawiedzie. Wieża w Ząbkowicach Śląskich w ogóle nie przypomina tej w Pizie (ani wysokością, ani architekturą)… Tylko kto przegrywa w tej nierównej walce? Jednak od wielu Polaków słyszałam pozytywne opinie na temat tego miejsca, jak i całego miasta, to ja jednak nie podzielam tej opinii. Choć wieża jest z pewnością interesująca.

Jednak zobaczenie krzywej wieży to kilka minut do pół godziny jeśli chcemy zwiedzić ją od środka, więc co dalej?

Podobno Ząbkowice Śląskie zabytkami stoją. Wiele osób rozpisuje się o tym na blogach, a lista miejsc do zobaczenia na stronach internetowych jest bardzo długa. To prawda, zabytków jest masa, tylko niestety ich świetność już dawno minęła, nie zachęcają do oglądania. Większość, poza Krzywą Wieżą, XIX-wiecznym ratuszem, pojedynczymi kościołami i kamieniczkami sypią się i to dosłownie. W największym szoku byłam kiedy podeszłam do XIV-wiecznego zamku (ruin, poniekąd pięknych, które są udostępnione do zwiedzania) i zobaczyłam tam matkę z dziećmi grającą w piłkę, która odbijała się od ścian ZABYTKU. Powtarzam ZABYTKU. O czym ta kobieta myślała? Nie mam pojęcia, ale wychowuje na swój wzór dzieci i przekazuje im wątpliwej jakości postawę wobec dziedzictwa kulturowego. Na moich oczach kawałki budowli po prostu kruszyły się i odpadały. Na przodzie wisiała zaś wielka tabliczka mówiąca, że to miejsce znajduje się pod opieką ministerstwa. Szkoda tylko, że zamek nie został w jakiś sposób zabezpieczony. Choć opisane wydarzenie bardziej świadczy postawach niektórych mieszkańców, Polaków.

Na zdjęciu widać nawet dzieci pod opieką mamy, które opisałam
Ratusz

Tracąc nadzieję, poszłam dalej. Napotkałam szare ulice, dziwne sklepiki, do których w życiu bym nie weszła, rozpadające się kamienice, wiele z nich pustych, niezagospodarowanych. Mimo, że był środek dnia nie czułam się w mieście swobodnie, tym bardziej bezpiecznie. Gdzie mam tu zostawić pieniądze? Turystyka opiera się mimo wszystko na pewnej korelacji, jedziemy gdzieś, aby zobaczyć coś interesującego, a w zamian, jak nam się podoba zostawiamy w takim miejscu pieniążki. Tylko gdzie mam je zostawić w takim mieście, jak Ząbkowice Śląskie? Rozumiem, że wiele polskich, małych miast boryka się z podobnymi problemami. Zdaje sobie sprawę, że czasem pozyskanie środków finansowych na renowacje jest trudne. Ale z tego co pamiętam nigdzie w Ząbkowicach nie widziałam tabliczek Unii Europejskiej, które sygnalizowałyby uzyskanie środków. Z drugiej strony nie wiem czy takie wnioski były składane, czy może zostały odrzucone? Wydaje mi się jednak, że Unia chętnie przekazuje środki finansowe na renowację zabytków, tylko trzeba się trochę postarać. To jednak zależy od gospodarza takiego miasta. Inna sprawa to ludzie. Jeśli my sami nie zmienimy swojej postawy wobec niektórych kwestii to nic się nie zmieni, nie będziemy nagle Wielką Brytanią czy Niemcami bez naszej pracy. A z tego co widzę, to jednak większość nie dostrzega problemu w tym co ich otacza. I nie chodzi mi tutaj jedynie o Ząbkowice, tego rodzaju problemu to bolączka wielu, polskich miast. Choć wiem i dostrzegam, że jest coraz lepiej pod tym kątem, to z drugiej strony dużo pracy jeszcze przed nami. Byleby niektóre zabytki dotrwały tego momentu, bo byłoby ich szkoda.

Poniżej kilka zdjęć, których celowo nie obrabiałam, abyście mogli zobaczyć w jakim stanie są budynki w mieście.

Mury miasta
W większości Ząbkowice Śląskie wyglądają niestety tak

Pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim

Do pałacu zawitałam osobnego dnia, ponieważ chciałam zwiedzić go od środka, a także przejść się po okolicznych parku. Co przykuwa uwagę to fakt, że wieś Kamieniec Ząbkowicki (niedługo ma zostać miastem) z pewnością zarządzany jest lepiej niż miasto Ząbkowice Śląskie. Przede wszystkim jest czysto, trawniki są skoszone, kamieniczki i domki w większości wyremontowane. Takie miejsce od razu przyjemniej się zwiedza.

Najważniejszym zabytkiem Kamieńca Ząbkowickiego jest bez wątpienia Pałac Marianny Orańskiej. Przez lata trzymany w rękach prywatnego właściciela podupadał, czego efekty widać do dziś. Dopiero 2012 r. gminie udało się przejąć zamek i rozpoczęły się działania mające na celu uporządkowanie okolicznego terenu oraz wyremontowanie pałacu. Należy przyznać, że władze działają w dobrym kierunku, budowla wygląda już bardzo okazale z zewnętrz. Zresztą tego rodzaju architektura jest raczej ewenementem na terenach Śląska, co z pewnością przyciąga turystów. Udało się już także wyremontować kilka sal i dach, zabezpieczyć budowlę przed zawaleniem się. Co cieszy na renowację pałacu pozyskano ogromne środki nie tylko z Unii Europejskiej, ale także ministerstwa. Aktualnie składane są kolejne wnioski, niektóre już są pozytywnie rozpatrzone. Można? Można tylko trzeba chcieć.

Z pałacem wiąże się wiele ciekawych opowieści, którymi chciałabym się z Wami podzielić, jednak wtedy ten tekst byłby ogromny 🙂 Dlaczego myślę, że za jakiś czas przygotuje dla Was osobny post na temat tego miejsca!

Odwiedzenie Pałacu Marianny Orańskiej mogę szczerze polecić. Widać przede wszystkim, że komuś na tym miejscu zależy, a to bardzo ważne. Podjechać tu najlepiej samochodem; przy czerwonym kościółku, gdzie znajduje się kasa mieści się także parking (5 zł za cały dzień). Dozwolone jest zwiedzanie wyłącznie z przewodnikiem (25 zł za osobę, są także bilety ulgowe, jeśli dobrze pamiętam 15 zł) o pełnych godzinach. My trafiliśmy na super przewodnika, warto ich podpytać o jakieś szczegóły. Na wszystko znają odpowiedź 🙂 Zwiedzanie parku pałacowego jest bezpłatne, podobno można w nim zobaczyć dzikie zwięrzęta, jak sarny czy zające.

Paczków, czyli „polskie Carcassonne” – czyżby?

Paczków to kolejne śląskie miasto, w którym wręcz potykamy się o zabytki. Podobnie, jak w przypadku Ząbkowic Śląskich znajdziemy masę stron, które opisują wszystkie miejsca, które należy zobaczyć. Zachęcona komentarzami, że to polskie miasto-twierdza, wręcz „polskie Carcassonne” pojechałam tam z wielkimi nadziejami. Myślałam sobie: „jak mogłam ominąć takie miejsce, skoro znajduje się jakąś godzinę od mojego miejsca zamieszkania?”. Niestety – ponownie się zawiodłam. O ile paczkowskie mury są ciekawe, miasto prezentuje się lepiej niż odwiedzone przeze mnie wcześniej Ząbkowice Śląskie, to nie można stwierdzić, że jest ono gotowe w 100% na przyjęcie turysty. Najbardziej przeraził mnie chyba brak jakiegokolwiek życia – wiem, że jest epidemia, ale czułam się tam jak po apokalipsie zombie. Zwalam to jednak na aktualną sytuacje. Paczków jest ciekawym miejscem, nie twierdzę, że nie. Ale niestety, zaniedbanym, co niejako skutkuje brakami finansowymi. Nie lubię także kiedy miasta porównuje się do innych, znacznie bardziej reprezentacyjnych, bo po prostu na tym tracą – pisałam o tym wyżej. Paczków, bowiem nie ma nic wspólnego z Carcassonne. Czy niemiecki Rothenburg ob der Tauber czy Dinkelsbühl otoczone murami i wieżami porównują się do francuskiej twierdzy? Nie, są Rothenburgiem i Dinkelsbühlem – promują swoją tradycję i historię. Więc dlaczego my to robimy? Rozumiem, że to pewna forma promocji, jednak nasze miasta na tym tracą.

Mury są wyremontowane, ale nigdy nie widziałam wieży o takim kształcie… Gdzie jest druga połowa?

Władze miasta poniekąd słusznie uważają, że najważniejszą wizytówką Paczkowa są mury, które zostały częściowo wyremontowane. Tracą one niestety jeśli rozejrzymy się dokładniej po mieście, gdzie podobnie jak w Ząbkowicach Śląskich natrafimy na liczne, rozpadające się kamienice i budynki. Jestem osobą, która lubi city breaki, w małych miastach umiem spędzić nawet kilka dni oglądając szczegóły zabudowy, a w Paczkowie spędziłam chyba godzinę. Po prostu nie zachęciło mnie do pozostania na dłużej. Niektórzy zarzucili mi na Instagramie bezstronność w mojej opinii. Nie chce jednak kłamać, że Paczków mi się podobał. To prawda, że kamienice w rynku zostały wyremontowane, tylko co z tego, że niektóre z nich tylko do połowy lub tylko fasady. Reszta się sypie. W samym centrum, zaraz na przeciw ratusza straszy prlowska upadła, restauracja o dość wymownej nazwie „Carcassonne”. To nie są małe elementy, to ważne sprawy. Miasto zaczyna się przecież zwiedzać od rynku i to pierwsze wrażenie jest zawsze najważniejsze.

Poza murami można podejść także do Domu Kata, w którym mieści się także informacja turystyczna oraz pozwiedzać kilka kościołów znajdujących się obok rynku. Paczków znajduje się bowiem także na Szlaku Czarownic na Polsko-Czeskim Pograniczu. O tym problemie mogłabym Wam opowiadać dłużej, ale nie miejsce i czas na to 🙂

Kilka zdjęć bez obróbki. Mam nadzieje, że dzięki nim zrozumiecie o co mi chodzi. A na pewno nie chodzi mi o obrażenie kogokolwiek, jak to odczytali niektórzy:

Restauracja Carcassonne przy rynku
Pierwsza lepsza uliczka od rynku

Kamienica przy rynku

Otmóchów – kolejna nadzieja

Do Otmuchowa, niewielkiej miejscowości w województwie opolskim, zajechaliśmy całkowicie przypadkiem w drodze z Paczkowa do Opola. Patrząc na pozostałe okoliczne miejscowości warto się tutaj zatrzymać na 1-2 godziny. Rynek nie jest duży, ale schludny, wyremontowany i kolorowy. W centrum znajduje się przyciągający wzrok ratusz. Zaraz za nim kościół pw. św. Mikołaja i Franciszka Ksawerego, a przy nim niewielki, ale ładnie zagospodarowany ogródek. Przy rynku znajdziecie także nową restaurację (nie próbowałam jedzenia, bo była zamknięta).

Ratusz

Zaraz obok rynku, na wzniesieniu znajduje się zdecydowanie najlepsza atrakcja miasta – zespół zamkowy (XIII-XVII wiek). Pierwotnie był to zamek biskupi, w XV w. dwukrotnie zniszczony w czasie wojen husyckich, a następnie przebudowywany według panującej mody. Popularnością cieszą się tzw. końskie schody, wzniesione na polecenie chorego, poruszającego się na lektyce biskupa Filipa von Sinzendorf. Aktualnie w zamku mieści się hotel, w którym można organizować wesela i inne uroczystości oraz restauracja.

Niżej od zamku, zaraz przy schodach znajduje się pałac, zamek dolny wzniesiony na początku XVIII w. Aktualnie to siedziba Urzędu Miasta.

Zamek dolny

Jeśli mamy trochę więcej czasu można przejść się uliczkami miasta, charakteryzującymi się niską zabudową – średniowieczny układ urbanistyczny wpisany jest na listę zabytków. Ciekawą budowlą jest także tzw. Brama Wróbla.

Powiem, że to dla mnie zagadka: jak to możliwe, że 5-tysięczne miasto potrafi zadbać o wygląd rynku, a większe nie? Wiem, że wpływają na to inne czynniki, jak przemysł itp., ale…

Kopice i „Pałac na wodzie”

To jedno z cudeniek, które musicie zobaczyć z jednego powodu. Niedługo go po prostu nie będzie. Znajdujący się aktualnie w prywatnych rękach pałac słynnego śląskiego rodu Schaffgotschów pochodzących z Frankonii jest kompletnie zrujnowany. Tutejsza rezydencja została przebudowana w stylu klasycystycznym pod koniec XVIII stulecia. Nazywany „pałacem na wodzie” z powodu otoczenia trzema stawami, skrywa także historię lokalnego Kopciuszka. „Król cynku”, Karol Godulla szybko wzbogacił się ciężką pracą, niektórzy uważali go wręcz za pracoholika. Dla swojej firmy poświęcił całe życie, jednak z tego powodu nie udało mu się założyć rodziny; wiele osób się go bało, ponieważ był wyjątkowo ponurą osobą. Urzeczony pewnego dnia postawą córki służącej, półsieroty, Joasi która ofiarowała mu kwiaty zerwane na łące i powiedziała „Kocham Pana” w testamencie zapisał jej cały majątek. Później ożeniła się z przedstawicielem rodziny Schaffgotschów i tytułowała się Joanna Schaffgotsch von Schmoberg-Godulla. Zadbali oni o rezydencje, zaadaptowali park. W rękach rodziny rezydencja znajdowała się do 1945 r.

Niestety w 1958 r. pałac został podpalony, a następnie wielokrotnie grabiony. Później przechodził z rąk do rąk, jednak żaden z właścicieli nie zadbał o stan budowli, która traciła kolejne fragmenty. Dziś pałac jest już w zasadzie nie do uratowania. Można tylko sobie wyobrazić, jaką piękną scenerię tworzyłby z okolicznym stawem i parkiem. Niestety, chyba nie będzie dane nam już tego zobaczyć.

Dojazd do Kopic możliwy jest w zasadzie tylko samochodem. Parking bezpłatny znajduje się zaraz przed pałacem. Obiekt nie jest jednak udostępniany do zwiedzania i można go tylko zobaczyć sprzed bramy. Okoliczny las, który niegdyś był parkiem także należy do prywatnego właściciela, co dodatkowo utrudnia zobaczenie pałacu. Okolice są w stanie zdewastowanym, nie widać żadnych prac rekultywacyjnych.

Czy jest nadzieja?

Co mnie dziwi najbardziej, kiedy szukałam informacji na temat dwóch najbardziej interesujących mnie na początku miejscowości (Ząbkowic Śląskich i Paczkowa) to owszem znalazłam kilka blogów opisujących zabytki, które można tam zobaczyć. Jestem jednak w głębokim szoku, że na żadnym nie spotkałam się z rzetelną informacją typu „miasto wygląda jednak tak i tak…”, „zabytki są w takim stanie…” itd. Czy blogi podróżnicze piszemy tylko po to żeby wszystkim schlebiać? A może ja nie trafiłam po prostu na taki post? Albo jestem zbyt wymagająca?

Może ten post jest momentami surowy, ostry, może niesprawiedliwy. Możecie się ze mną nie zgadzać, możecie przyznać mi rację. Tym bardziej nie chciałam nikogo urazić swoimi komentarzami, nie chodzi także o to żeby zniechęcić Was do odwiedzenia jakiegoś miejsca. Chodzi mi o otwarcie oczu, bądźmy obserwatorami, wymagającymi obserwatorami. Chciałabym, aby każdy z Was czytając ten tekst zastanowił się nad dziedzictwem, które go otacza. To każdy z nas wybierając swoją życiową drogę, decydując o weekendowym celu wyjazdu, dokonując wyboru wrzucając karteczkę do urn (i nie chodzi mi o politykowanie, a wybór władz, które zadbają o miasto i widzą jego przyszłość!) wpływa na to jak wygląda Polska. Bez naszej refleksji i pracy nic się nie zmieni, a większość z miast, zabytków czy muzeów będzie wyglądało, jak niektóre z tych opisanych powyżej – szare, smutne i zapomniane.

Uncategorized

Podróżnik w czasie pandemii

Wszyscy w ostatnim czasie zmagamy się z różnymi trudnościami spowodowanymi pandemią, która dotyczy nie tylko Polski i Europy, ale całego świata. Państwa musiały narzucić swoim obywatelom liczne ograniczenia, które nie raz na początku spotykały się z oburzeniem, ponieważ większość społeczeństwa nie rozumiała sytuacji w jakiej znalazły się kraje. Ta sytuacja skłoniła mnie do wielu rozmyślań, …

Europa Francja

Nancy – okolice Place Stanislas. Co zwiedzić w Nancy?

Zakładając bloga rozpoczęłam od opisania francuskiego Nancy. Nie chciałam zaczynać od jakichś oklepanych tytułów, a z drugiej strony planowałam opisać coś interesującego dla Polaków. Z tego powodu wybór padł na to urocze miasto, w którego historii mocno zapisał się król polski Stanisław Leszczyński. W innym poście opisałam jego związki z Lotaryngią i Nancy oraz ścisłe centrum miasta, w kolejnym piękny park znajdujący się zaraz przy Place Stanislas.

Nancy odwiedziłam w 2017 r., więc wszystkie wpisy dotyczące tego miasteczka, które z niewiadomych powodów mocno zapadło mi w serce, są raczej wspomnieniem, a może w obecnej sytuacji (pandemii koronawirusa dla osób – info na osób, które przeczytają to za jakiś czas) bardziej pragnieniem powrotu do podróży!

Place de la Carrière i Palais du Gouvernement

Przechadzając sie uliczkami w centrum Nancy na każdym kroku napotkamy jakiś uroczy budynek czy przyciagającą wzrok katedrę. Jednym z takich miejsc jest majestatyczny Place de la Carrièe, który stanowi jakby przedłużenie Place Stanislas. To średniowieczny plac, położony na starym mieście, który pierwotnie służył do treningu koni oraz wyprawiania zawodów – od tego też pochodzi jego nazwa. Od północny plac zamyka Palais du Gouvernement, tworzący półkole, który powstał w XVIII stuleciu dla intendenta lub przedstawiciela rządu francuskiego. Na południu znajduje się Arc Héré, o którym pisałam w innym poście. Także tutaj widoczna jest działalność Stanisława Leszczyńskiego. Jego architekt, Emmanuel Héré, przebudował fasady placu i dobudował okoliczne kamieniczki.

Palais du Gouvernement

Plac jest dość charakterystyczny, wchodząc na niego nie sposób go nie poznać. Przez jego centrum przebiegają cztery rzędy drzew ozdobionych fontannami i posążkami oraz przepiękną, ociekającą złotą bramą.

Place d’Alliance

Jak zauważyliście w centrum znajduje się kilka placów, jednak Place Stanislas i Place de la Carrière są zdecydowanie największe i najbardziej reprezentacyjne. Inny, mniejszy to Place d’Alliance, który pierwotnie nazywany był Placem św. Stanisława i jego twórcą podobnie, jak pozostałych najważniejszych miejsc w mieście był Héré. Uważa się, że miał zostać wybudowany na miejscu dawnego ogrodu kuchennego księcia. W jego centrum znajduje się fontanna autorstwa Cyfflé, która pierwotnie miała stanąć na Place de la Carrière. Od 1756 r. nazwa placu symbolizuje sojusz (alliance) pomiędzy Cesarstwem Habsburskim a Francją.

Basilique Saint Epvre de Nancy

Spacerując dalej od Place de la Carrière łatwo zauważymy górującą nad nim świątynię – to Basilique Saint Epvre de Nancy. Jak widzicie wszystkie najciekawsze i najpiękniejsze miejsca Nancy znajdują się blisko siebie, co pozwala na zaoszczędzenie czasu, a z drugiej strony sprawia piękne wrażenie. Nie napotkamy w centrum budowli, które są zaniedbane czy nie wkomponowują się w estetykę miasta.

Wspomniana bazylika powstała w XIX w. i charakteryzuje się kunsztonwnością wykonania – szczegóły czy zdobienia są imponujące! Niektóre fragmenty wewnętrznych, drewnianych dekoracji zostały sprawdzone specjalnie z Bawarii. Warto także wspomnieć, że kościół był finansowany przez wybitne jednostki, jak Napoleon III, cesarz Franciszek Józef czy papież Pius IX. Budowla jest tak piękna, że większość turystów uznaje ją na pierwszy rzut oka za tutejszą katedrę.

Plac Saint-Epvre przed bazyliką

Grand Rue

Kolejne zabytki Nancy oraz liczne kawiarenki i restauracje znajdują się przy „Wielkiej Ulicy”, czyli Grand Rue. Zapuszczając się tutaj na lunch czy obiad warto jednak pamiętać o zamknięciu tego typu lokali przeważnie od 12 do przynajmniej 17 (często otwierają się nawet o 19!).

Palais Ducal – Palais des ducs de Lorraine – Musée Lorrain

Pałac książąt lotaryńskich powstał w XVI stuleciu. W dwa stulecia później pałac został opuszczony przez Leopolda, który przeniósł się do Luneville. W 1848 r. utworzono tutaj Muzeum Lotaryngii (Musée Lorrain). Poświęcone jest ono głównie historii, sztuce i tradycji w Nancy. Podobnie, jak Place Stanislas muzeum znajduje się na liście monument historique. Miano te otrzymują najważniejsze zabytki dziedzictwa we Francji.

Szczególną uwagę warto zwrócić na zdobioną bramę, która inspirowana była tą znajdującą się na zamku królewskim w Blois.

Pomnik konny księcia Antoniego Lotaryńskiego

Église des Cordeliers

Nieopodal znajduje się Église des Cordeliers, która stanowi jakby część Musée Lorrain. Kościół nazwany został od zakonu franciszkanów, którego członkowie nosili sznur zawiązany wokół talii (franc. corde). Powstał w XVI w. z rozkazu księcia René II wydanym po bitwie pod Nancy w 1477 r. Nazywana jest także lotaryńskim Saint-Denis, ponieważ pochowani zostali tam najznamienitsi tutejsi książęta. Mimo tego, że świątynia mocno ucierpiała przez stulecia, to nadal stanowi ważny punkt na mapie turystycznej Nancy, ponieważ inspirowana była florencką kaplicą Medyceuszy.

Porte de la Craffe

Porte de la Craffe to zdecydowanie jedno z moich ulubionych miejsc w Nancy – uwielbiam dawne fortyfikacje i obwarowania. Te górujące nad miastem wieże od razu budzą respekt. W Polsce rzadko spotyka się miejsca związane z militariami w tak dobrym stanie jak Porte de la Craffe w Nancy. Różne zapewne są tego przyczyny, nasze zabytki mocno ucierpiały w czasie XVII i XVIII-wiecznych najazdów, a z drugiej strony Francja o wiele bardziej inwestuje w ochronę zabytków. A szkoda, bo przecież i u nas można zobaczyć pięknie zachowane obwarowania miejskie.

Wracając jednak do Porte de la Craffe to trzeba przynajmniej krótko wspomnieć, że to najstarsza zachowana fortyfikacja w Nancy – powstała na przełomie XIV i XV wieku. Później do XIX stulecia pełniła rolę więzienia.

Od dawna stanowi najważniejszy symbol starego miasta, który przyciąga uwagę każdego przechodnia ogromnymi, masywnymi wieżami. Spróbujcie znaleźć mnie na poniższym zdjęciu – wtedy zobaczycie ich ogrom!

Porte de la Citadelle

Znajduje się zaraz za Porte de la Craffe. Brama wprowadzająca pierwotnie do cytadeli powstała w XVII wieku na rozkaz księcia Karola III, a jej zadaniem miało być wzmocnienie obrony miasta. Dawniej otoczona była fosami i czterema bastionami.

Katedra Notre-Dame-de-l’Annonciation

Jednym z piękniejszych zabytków sakralnych w Nancy jest Katedra Notre-Dame-de-l’Annonciation, choć moim zdaniem nijak ma się do Saint Epvre de Nancy.

Omawiana Notre Dame (uważajcie, bo jest ich w mieście kilka!) powstała na początku XVIII w. Aktualnie jest siedzibą tutejszego biskupa, a od 1906 r. znajduje się na liście pomników historycznych Francji. Widzicie więc, że wiele zabytków Nancy znajduje się na ważnych listach dziedzictwa historycznego tego państwa. Zwiedzając warto zajrzeć do środka i zwrócić uwagę na imponujące malowidła na kopule.

Spacer uliczkami miasta

Poza zwiedzeniem najważniejszych miejsc turystycznych Nancy warto pospacerować uliczkami miasta.

Art Dans Nancy

Z pewnością kiedy będziecie przechadzać się po centrum Nancy, nie raz natkniecie się na liczne grafitti, które można uznać za „małe dzieła sztuki”. To ADN (Art Dans Nancy), czyli miejska trasa sztuki ulicznej. Zachęca ona turystów do odkrywania ulic i placów Nancy, a jednocześnie poznania lokalnej sztuki i historii. Trasa obejmuje ponad 30 obrazów, które rozmieszczone są w najróżniejszych miejscach od starego miasta po Place des Vosges, od Place Simone Veil po Porte Sainte-Catherine.

Pomysłodawcą projektu i zarówno wykonawcą był Jef Aérosol, który przy użyciu techniki szablonowej stworzył pierwszy tego typu mural w 2016, który umieścił na fasadzie ogrodów Godron.

Kule z lustrem

Kiedy pobędziecie jakieś kilka godzin w Nancy to zauważycie, że miasto tętni artystycznym życiem. Poza wspomnianym wyżej szlakiem grafitti na każdym kroku napotkamy różne przedstawienia art moderne, np. w Parc de la Pépinière.

Inną uroczą atrakcją jest 8 lustrzanych półkul Pierra Bismuth, które zostały umieszczone w okolicy najważniejszych XVIII-wiecznych budynków w mieście. Dzięki nim można wykonać sobie super fotkę, a z drugiej strony skłaniają one do refleksji na temat otaczającego dziedzictwa architektonicznego. Znajdziecie je na ziemi zaraz obok: Place Stanislas, Place d’Alliance, Hémycles Charles de Gaulle, Mémorial Désilles, Porte Stanislas, Porte Sainte-Catherine, Arc Héré i przy katedrze.

Piękne wspomnienie

Nancy jest mało znanym miejscem wśród Polaków, mam jednak nadzieje, że moje posty i wpisy wpłyną na wzrost zainteresowania tym miastem.

Czasem zastanawiam się jakby wyglądało nasze XVIII-wieczne państwo, gdyby to jednak Stanisław Leszczyński został królem na dłużej? Czy choć w części przypominałoby uliczki Nancy?

Pisząc tego posta zastanawiałam się nad tym, co w Nancy urzekło mnie najbardziej, że po 3 latach od podróży postanowiłam wrócić do tej miejscowości i opisać ją Wam aż w 3 postach! Czy to zwierzęta z Parc de la Pépinierè, które skradły moje serce, czy ściekające po dekoracjach Place Stanislas złoto, w którym odbijające się słońce mogło oślepić każdego przechodnia? A może imponujący Arc de Triumph i wspomnienie króla Stanisława Leszczyńskiego, do którego nawiązuje się na każdym kroku?

Jeśli spodobała Ci się moja opowieść o Nancy zapraszam do pozostałych postów na moim blogu o tym „polskim” mieście we Francji:

Jeśli podobał ci się wpis zostaw like lub komentarz! To dla mnie wielka nagroda za moją prace!

Bawaria Europa Niemcy Veitshöchheim

W odwiedzinach u biskupa Würzburga – Veitshöchheim

Przez ostatnie lata kilkukrotnie udało mi się odwiedzić słynący z win Würzburg i jego okolice. Bywałam tam na dwutygodniowych stypendiach, na sylwestra czy konferencji. Mówi się, że jeśli ktoś choć raz zawitał do Würzburga z pewnością do niego wróci. Tak było też ze mną i mam nadzieję, że będę mogła odwiedzić Frankonię jeszcze nie raz. Poza samym Würzburgiem warto jednak zapuścić się głębiej w tę porośniętą winoroślami krainę i smakować jej kultury i historii.

O Frankonii, tutejszych rieslingach i Würzburgu z pewnością słyszeliście. Jednak miejsce, o którym chciałabym Wam dziś opowiedzieć z trudem odnaleźć na polskich stronach internetowych, a nawet blogach podróżniczych! Samą mnie to zdziwiło, bo myślałam, że Veitschöchheim znajduje się gdzieś w świadomości Polaków. Oczywiście można napotkać o nim jakieś mniejsze notki, jednak bardziej szczegółowych informacji nie odnajdziemy. A myślę, że to niewielkie, urocze miasteczko i tamtejszy pałac jest wart naszej uwagi.

Miasteczko

Sami Niemcy śmieją się, że nie potrafią wypowiedzieć nazwy Veitshöchheim. A skąd ona pochodzi i co oznacza? Początkowo miejscowość nazywała się Hocheim, co oznaczało w tłumaczeniu wysoki dom. Później dodano jako przyrostek imię patrona kościoła św. Wita. Miało to pomóc w odróżnieniu miejscowości od innej o podobnej nazwie. W tym czasie była to więc miejscowość Hocheim ad sanctum Vitum, zaś później Sant Veits Hocheim. Jak widać przez wieki miasto zmieniało swoją nazwę, aż w ostateczności w połowie XVI stulecia otrzymała ostateczną formę. Oznacza, więc po prostu „wysoki dom świętego Wita”.

Przechodząc jednak do konkretów! Dojedziecie tutaj samochodem lub transportem publicznym z Würzburga (autobus linii 11 i 19 lub pociąg, trzeba wysiąść na stacji Veitshöchheim), od którego Veitschöchheim znajduje się zaledwie kilka kilometrów. Jest to naprawdę maleńka mieścinka, która ma jednak „to coś”, co zawdzięcza zapewne w części usytuowaniu nad Menem i dawnemu pałacowi biskupów Würzburga.

Pierwsza wzmianka o miejscowości pojawiła się już w 779 r.! Mimo swoich niewielkich rozmiarów Veitschöchheim zajęło ważne miejsce w historii Niemiec. W 1246 r. odbyły się tutaj bowiem wybory, w których antykrólem nimieckim został obrany landgraf Turyngii Henryk Raspe. Prawa miejskie Veitschöchheim otrzymało w 1563 roku, wtedy ustanowiono dla niego także specjalny herb (Orstwappen) na wniosek arcybiskupa Friedricha von Wirsberga.

Ratusz

Jeśli zdecydujecie się odwiedzić Veitschöchheim, to zachęcam do swobodnego spaceru po miasteczku, poza pałacem (o którym niżej) można zobaczyć tu kilka interesujących zabytków. Pierwszym z nich jest z pewnością ratusz, przy którym znajduje się przyjemny skwerek i kawiarenka, gdzie można usiąść przy czymś słodkim czy pysznym bawarskim piwie i winie. Siedziba władz miasta powstała w 1748 r. według projektu Balthasara Neumanna.

Innym miejscem, które warto odwiedzić jest kościół św. Wita (tak to ten, od którego przydano przyrostek nazwie miejscowości). Znajduje się zaraz obok ratusza. W Veitshöchheim z pewnością się nie zgubicie, jest zbyt małe, ale w sam raz na jednodniowy wypad. Wracając do kościoła to powstał on na początku XIII w. na miejscu wcześniejszej świątyni o tej samej nazwie, z której zachowano wieżę. Pięć stuleci później zmieniono nawę kościoła i stworzono reprezentacyjną, barokową fasadę. Pod koniec XVII w. biskup Würzburga Johann Gottfried von Guttenberg (jego herb znajduje się nad wejściem do świątyni) przebudował kościół na nową modłę.

Warto także pospacerować deptakiem przy brzegu Menu. Sama nie spodziewałam się, że to miejsce przyciąga aż tak wielu Niemców, ale jak widzicie na zdjęciach było ich całkiem sporo. Nie jest to może 5-gwiazdkowy kurort wypoczynkowy, ale jeden dzień spokojnie można w Veitschöchheim bardzo przyjemnie spędzić, a przed wszystkim wypocząć. Przy deptaku znajdziecie pełno restauracyjek z lokalnymi potrawami (mięsne raczej bliżej ratusza), a przede wszystkim rybami (przy rzece) – trzeba szybko się decydować, bo wolne miejsca szybko znikają. Niekiedy, trzeba zarezerwować je sobie z wyprzedzeniem.

Meefischli
źrodło: https://de.wikipedia.org/wiki/Meefischli

Jednym z bardzo lokalnych przysmaków (Würzburg i okolice) są Meefischli. To małe smażone, czasem w panierce, ryby wyłowione z Menu, które uważane są za jedną z głównych frankońskich potraw. Tradycyjnie rybka nie powinna być większa niż mały palec posągu św. Kiliana, który znajduje się na Alte Mainbrücke w Würzburgu. Ryby (przeważnie ukleja, płoć lub wzdręga) powinny być świeżo złowione i zjadane w całości bez sztućców i żadnych przystawek, choć oczywiście można sobie coś domówić, np. tradycyjną sałatkę ziemniaczaną – pychota! W związku ze wzrostem liczby czapli, kormoranów i drapieżnych ryb, do czego doprowadziła poprawa jakości wody w rzece na obszarze Würzburga i okolic potrawa ta ciągle drożeje. Jej nazwa ma ciekawe pochodzenie, bo nawiązuje do nazwy Main (Men), którą w dialekcie wymawia się Mee.

Zachęcam także do pospacerowania między urokliwymi uliczkami, gdzie możemy natrafić na kilka małych sklepików z pamiątkami, kawiarenki z super lodami, restauracje z pysznymi daniami, a także synagogę żydowską i muzeum poświęcone tej narodowości. Same kamieniczki są niezwykle malownicze i kolorowe – warto porobić sobie kilka pięknych zdjęć!

Pałac Veitshöchheim i rokokowe ogrody

W XVIII w. w Veitshöchheim biskup Würzburga postanowił wznieść swój pałacyk letni, nazywany Schloss Veitshöchheim. Bez wątpienia jest on największą atrakcją miasta, a zarazem jedną z niemieckich perełek architektonicznych, choć jak na mój gust dość skromną. W latach 1680-1682 wybudowano tu budynek, który służył jako schronienie w czasie polowań. Prawdopodobnie znajdowały się tutaj wybiegi dla jeleni i bażantów. Pałac był stopniowo rozbudowywany; na początku XVIII w. pojawił się rokokowy ogród do dziś uznawany za jeden z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych w tym stylu w całych Niemczech. W latach 1749-1753 budowle przebudowano według projektu Balthasara Neumanna i uzyskała ona obecny kształt.

Wchodząc po schodach do pałacu warto zwrócić uwagę na rzeźby, tzw. putta (to te aniołki), które w połowie XVIII w. wykonał Johann Peter Wagner. Dokoła budynku i w ogrodach możemy podziwiać ponad 200 posągów jego autorstwa, a także innych sławnych artystów, jak Johann Wolfgang van der Auvera i Ferdynand Titez.

Zdjęcie pochodzi z: https://www.schloesser.bayern.de/deutsch/schloss/objekte/veitsho.htm

Pałac można oczywiście zwiedzać, bilet normalny kosztuje 5 euro, dla dzieci zaś 4 euro. W środku zachowały się barokowa podłoga, a także część zdobień. Zwiedzać można kilka sal w tym jadalnie, salon, gabinet, sypialnię czy salę do bilardu i kaplice. Na ścianach znajdują się jedwabne tapety, które zostały zrekonstruowane w Lion według starych wzorów.

Od pałacu odbiegają alejki parkowe, po których łącznie z ogrodami można krążyć cały dzień 🙂

Największym atutem pałacu są jego rokokowe ogrody, oczywiście wzorowane na wersalskich. Powstały na życzenie biskupa Johanna Philippa von Greiffenclau, który przeznaczył na ten cel dawny wybieg bażantów. Także kolejni biskupi Würzburga inwestowali w rozwój ogrodów, a ostatniego przeprojektowania dokonał Adam Friedrich von Seinsheim w 1764 r. Od tamtego momentu nie zmieniły swojego planu.

Spacerując po ogrodach napotkacie masę fontann, które z roślinnością stanowią idealną scenerię do odpoczynku, ale także fotografii. Ja uwielbiam takie widoki i z wielką pasją upamiętniam je na zdjęciach. Spotykamy tutaj różne zaułki, altanki do przesiadywania, tunele zaprojektowane z krzewów, pawilony czy sztuczne ruiny. Centrum ogrodu stanowi spory zbiornik z wodą, w którego środku stoi największa fontanna – Muzy przy Parnassusie. Szczególną uwagę przykuwa Pegaz górujący nad dziewięcioma muzami. Można odnieść wrażenie, że lada chwila i wzniesie się w powietrze!

Mogło się jednak okazać, że ogród nie dotrwałby do naszych czasów i nie moglibyśmy spacerować jego zielonymi alejkami w pełni słońca. W XIX w. kiedy zaprojektowano Ludwigs-West-Bahn, linię kolejową biegnącą od Bamberga do Würzburga, centrum parku wskazano jako optymalną trasę, po której miałby być wytyczony tor. Zaprotestował jednak przeciwko temu król Ludwik I.

Bardzo lubię to zdjęcie!

Ciekawym urozmaiceniem, szczególnie dla dzieci, są zwierzęta pałętające się po parku – różnego rodzaju ptactwo czy ryby w stawie głównym.

Interesujący jest także zabytkowy ogród kuchenny pałacu Veitshöchheim, który został odrestaurowany w 1990 r. Można w nim oglądać zapomniane owoce, warzywa, przyprawy i zioła, które stanowią poniekąd „zielone archiwum”. Oprócz karczochów, bakłażanów i melonów, można tu zobaczyć maki, portulakę i hyzop. Ogrodnik dworski Johann Prokop Mayer (1737–1804), podobnie jak w ogrodzie dworskim rezydencji w Würzburgu, wprowadził ukształtowane drzewa owocowe z koronami w formie kotła, które pozwalają na lepsze zaopatrzenie w składniki odżywcze i bardziej intensywnie wystawienie na słońce.

Chwila oddechu…

Veitshöchheim to idealne miejsce na wolne popołudnie i zapomnienie o problemach dnia codziennego. Jeśli będziecie kiedyś na dłużej w Würzburgu i jakimś sposobem znudzi Wam się picie wina na Alte Mainbrücke i spoglądanie na Festung Marienberg, koniecznie łapcie autobus do pobliskiego pałacyku letniego biskupów – nie zawiedziecie się!

Jeśli lubisz podróżować po Niemczech zapraszam do lektury innych moich postów:

Europa Litwa

Zamek w Birżach na Litwie – na włościach Radziwiłłów

Litwa… można by powiedzieć mój (prawie) drugi dom. Kiedy rozpoczynałam swoją karierę (tak, to słowo brzmi poważnie 😂) to moje pierwsze wyjazdy naukowe rozpoczęłam właśnie od tego kraju. Było to oczywiście spowodowane tematem mojej pracy doktorskiej, która dotyczyła postaw magnaterii Wielkiego Księstwa Litewskiego w XVII stuleciu. Z tego też powodu mam pewien sentyment do szlachty (Sapiehów, Radziwiłłów, Paców nie lubię 😀 ) z tamtych terenów, a także zamków i pałaców, które po sobie pozostawiła. Wiecie, więc już dlaczego tak dużo informacji na ich temat znajdziecie na moim blogu 🙂 Myślę, że to jednak dosyć ciekawe, a także wypełnia pewną nisze. Na blogach ciężko, bowiem znaleźć informacje na temat części miejsc, o których wspominam pisząc o podróżach po Europie Wschodniej, a ja przebywam tam dość często, więc mogę podzielić się z Wami moimi relacjami 🙂

Po Litwie udało mi się już trochę pojeździć, przynajmniej raz do roku jestem w Wilnie, odwiedziłam Kowno, Troki, Kiejdany, Bowsk. Trochę jeszcze oczywiście przede mną zostało, np. Druskienniki, uzdrowisko położone niedaleko granicy z Polską, czy nadmorska Połąga. W tym poście chciałbym jednak opowiedzieć Wam o innej, mało znanej miejscowości, a mianowicie Birżach radziwiłłowskich i znajdującym się tam zamku.

Birże to niewielkie miasto położone niecałe 200 km od Wilna, niedaleko granicy z Łotwą. Jest malowniczo położone nad dwoma rzekami Oposzcza i Egłona oraz jeziorem Szyrwena. Najlepiej przedostać się do Birż własnym samochodem lub ewentualnie komunikacją publiczną z Wilna. Poza zamkiem można tutaj jeszcze zobaczyć pałac Tyszkiewiczów oraz kilka kościołów.

O ile Birże aktualnie nie są miastem zbyt znaczącym to kiedyś przeżywały one swój rozkwit. Były stolicą jednego z księstw, gościły u siebie znamienite osobowości w tym Władysława Jagiełłę, czy Gustawa Adolfa walczącego z Rzeczpospolitą w Inflantach, tam też z Augustem II Mocnym spotkał się car Piotr I Wielki. Birże pełniły także ważną funkcję obronną w XVII wieku.

Widok na zamek od frontu

Radziwiłłów każdy z Was mniej lub bardziej z pewnością kojarzy. Znana rodzina zdrajców ze słynnego „Potopu” Henryka Sienkiewicza nikomu nie jest obca. O jednej z ich posiadłości pisałam już wcześniej na blogu, a post o Kiejdanach znajdziecie tutaj.

Pierwszy zameczek, początkowo drewniany wzniesiono w Birżach już w XIV wieku, a jego właścicielami byli Friedkonisowie. Dopiero po bezpotomnej śmierci przedstawiciela ich rodziny Grzegorza, dobra odziedziczyła jego żona pochodząca z Radziwiłłów. Zamek rozbudowywali najbardziej znaczący przedstawiciele tej rodziny, kolejno Mikołaj „Rudy”, Krzysztof Mikołaj i Krzysztof II. Ten ostatni wzniósł wokół niego fortyfikacje na wzór niderlandzki. Później zamek przez jakiś czas służył jako kwatera główna króla szwedzkiego Gustawa Adolfa i ostatecznie został splądrowany.

Nową budowlę wzniesiono na rozkaz Janusza Radziwiłła (słynny zdrajca), a wyposażeniem zajął się Bogusław, który odziedziczył zamek w 1655 r. Zapewne wielu z Was patrząc na budowlę nie widzi w niej cech zamku, tak też miało być. Wybudowany został w nurcie palazzo in fortezza, czyli był to pałac posiadający cechy obronne. Po śmierci Ludwiki Karoliny zamek przeszedł we władanie jej córki, księżniczki neuburskiej. Później dzieje zamku były dość burzliwe, wrócił do posiadania Radziwiłłów, jednak w 1811 r. zajęła go Rosja i sprzedano go tanio Tyszkiewiczom. Ci jednak nie zajmowali się nim wystarczajaco, a budowla w Birżach popadała w ruinę.

Z Januszem Radziwiłłem 😉

Ciekawostka

Birże zostały wspominane w „Potopie” Henryka Sienkiewicza. To tutaj Janusz Radziwiłł wysłał na śmierć Wołodyjowskiego oraz jego towarzyszy. Uratował ich Zagłoba, który wmówił dowódcy straży Rochowi Kowalskiemu, że jest jego wujem, a później wymknąwszy się spod eskorty sprowadził pomoc.

Prace renowacyjne nad zamkiem trwały do końca lat osiemdziesiątych XX wieku. Aktualnie mieści się tutaj niewielkie Muzeum Regionalne „Sèla” (Biržų krašto muziejus „Sėla”).

Po odbudowie zamek został otoczony malowniczym parkiem krajobrazowym, gdzie zachowało się większość dawnych fos i bastionów. Dzięki usytuowaniu nad rzekami i jeziorem to idealne miejsce wypadowe dla par, rodzin z dziećmi, ciekawe miejsce do pieszych wędrówek czy po prostu wypoczynku. Z pewnością ogromną frajdę sprawi Wam przechadzanie się i wspinanie po pozostałościach murów obronnych. W muzeum znajduje się także mała restauracyjka, gdzie można coś przekąsić.

Zamek w Birżach można teraz zwiedzać wirtualnie. Ja nie miałam okazji zobaczyć zamku od środka i zapoznać się z ekspozycją, ponieważ muzeum było wtedy akurat zamknięte, dlatego chętnie skorzystałam z tej możliwości przygotowując dla Was posta.

Wstęp do muzeum nie jest drogi – dorośli płacą jedynie 3 euro (zwiedzanie zamku i arsenału). Za dodatkową opłatą, w grupie powyżej 5 osób można także wynająć przewodnika, również w językach obcych.

Każdy z nas lubi chyba odwiedzać zamki i pałace, bo dzięki takim krótkim pobytom możemy przenieść się w czasie, dotknąć historii, co jest bardzo popularne w dzisiejszych czasach. Zamek w Birżach będzie z pewnością nie lada gratką dla osób interesujących się militariami ze względu na pozostałe i łatwo dostrzegalne fortyfikacje i elementy obronne. Litwa w świadomości Polaków to przede wszystkim Wilno, mam jednak nadzieję, że ten niedługi post pokaże Wam ten kraj w trochę innej perspektywie. Poza stolicą można tam znaleźć wiele pięknych, interesujących miejsc. Jednym z ciekawszych z pewnością są radziwiłłowskie Birże.

Jeśli interesuje Cię ta tematyka napisałam już kilka postów o zamkach, pałacach i naszych wschodnich sąsiadach:

Europa Francja Strasburg

We Francji po niemiecku – Strasburg

Strasbourg to miasteczko o bardzo bogatej historii. Do XVII stulecia znajdowało się pod władzą niemiecką, później zostało zdobyte przez wojska „króla Słońce” – Ludwika XIV. W XX wieku kilkukrotnie zmieniało swoją przynależność, raz przechodząc w ręce Niemiec, później znów wracając do Francji. Ostateczne, tutaj właśnie pozostało. Przysłuchując się rozmowom mieszkańców czy opowieściom przewodników, znamienna jest niemiecka przeszłość Strasburga, który także mi, przypomina bardziej bawarskie miasteczka niż ulice Paryża. Nie bez powodu został, więc wybrany na siedzibę Parlamentu Europejskiego, niejako jako miasto pograniczna, wielokulturowe, tolerancyjne, położone przez całe wieki istnienia między Niemcami a Francją. Z drugiej strony symbolizuje także połączenie dawnych, minionych już epok z ciągłym podążaniem w przyszłość. Mikstura wyśmienita dla podróżnika!

Place Kléber nocą

Tego nie możesz przegapić – Grande Île

Grand Île – stare miasto jest największą atrakcją europejskiego Strasburga. Położone na wyspie okrążonej kanałami rzeki Ill jest idealną scenerią dla fotografów, czy turystów uwielbiających pić kawę wśród różnokolorowych kamieniczek. Całe stare miasto w 1998 r. zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Centrum stanowi Place Kléber, nazwany od generała z czasów Rewolucji Francuskiej Jean-Baptise Kléber’a. Wcześniej nosił jednak nazwę Barfüsserplatz, czyli placu bosych zakonnic; zaraz obok znajdował się bowiem kościół franciszkanów.

Place Kléber
Sklepy przy Place Kléber
Pomnik Jean-Baptise Kléber’a

Warto zobaczyć tutaj kilka najważniejszych kamieniczek, w tym Maison Kammerzell – chyba najsławniejsza budowla Strasburga po katedrze. Powstała w 1427 r. i reprezentuje gotyk niemiecki. Jest bardzo charakterystyczna, bogato zdobiona, biało-czarna w drewnianej ramie.

Maison Kammerzell po prawej

Cathédrale de Notre Dame

Mierząca przeszło 142 metry wysokości Cathédrale Notre Dame w Strasburgu góruje nad miastem i jeśli choć trochę zbliżymy się w okolice starówki, to od razu ją dostrzeżemy. Budowla jest ciekawa głównie z powodu połączenia kilku ważnych nurtów architektonicznych, w tym późnego romanizmu, wczesnego gotyku francuskiego i dojrzałego gotyku niemieckiego. To istny misz-masz, który tworzy powalającą kompozycję. Najbadziej efektowna jest brama wejściowa do katedry wraz z górującą nad nią rozetą. Gdy ją zobaczyłam, zaczęłam zastanawiać się, dlaczego to Notre Dame w Paryżu jest tą najsławniejszą świątynią na świecie? 

Budowla katedry została zakończona w 1439 r., stanęła na miejscu starszej piaskowej budowli, która spłonęła. Wieża kościoła przez przeszło dwa wieki była najwyższa na świecie – ma 142 metry wysokości.

Jedną z atrakcji znajdujących się wewnątrz Cathédrale Notre Dame w Strasburgu jest zegar astronomiczny. Za każdym razem o godzinie 12.30 pojawiają się ma nim figury Jezusa i apostołów, które odgrywają najważniejsze sceny z życia Zbawiciela Świata. Zegar powstał w latach 1571-1574 według projektu architekta Bernharda Nonnenmachera. 

Palais Rohan

Jedną z najpiękniejszych budowli Strasburga jest Palais Rohan – dawna siedziba biskupów i kardynałów z rodziny Rohan. Pierwotnie pochodziła ona z Bretanii. Pałac został postawiony nieopodal Cathédrale Notre Dame, zaraz na przeciw rzeki Ill, w 1742 r. według projektu Roberta de Cotte. Od tamtego czasu gościł Ludwika XV, Marię Antoninę czy Napoleona.

Aktualnie mieści się tutaj muzeum, a budynek nazywają czasem małym wersalem. Możemy pooglądać tutaj eksponaty archeologiczne (Musée Archéologique), ceramikę inne przedmioty użytkowane przez arystokrację w XVIII wieku (Musée des Arts Décoratifs), a także obrazy namalowane w okresie od późnego średniowiecza do XIX stulecia (Musée des Beaux-Arts’). Można tu zobaczyć m.in. Boticellego czy El Greco. Bilety wstępu do wszystkich trzech muzeów kosztują 12 euro (dzieci wchodzą za darmo) lub każde muzeum osobno 6,50 euro.

Petite France i spacer wzdłuż kanałów rzeki Ill

Najbardziej turystycznym, a także uwiecznianym na zdjęciach przez turystów miejscem w Strasburgu jest Petite France, czyli „Mała Francja”. To historyczne centrum miasta sięga korzeniami średniowiecza i było wtedy domem dla rybaków, młynarzy czy garbarzy. Petite France charakteryzuje się uroczymi kamieniczkami, miedzy którymi przepływa rzeka Ill, co tworzy piękną mozaikę kolorów i kształtów. Jej nazwa nie jest związana jednak z patriotyzmem czy względami kulturowymi. W średniowieczu Strasburg był niemiecki i widać to na każdym kroku. Petite France pochodzi od hospicjum leczącego syfilis, które zostało wybudowane pod koniec XV stulecia. Schorzenie to było wtedy nazywane „chorobą francuską”.

Warto także pospacerować wzdłuż rzeki Ill i porobić sobie kilka zdjęć na tle romantycznych kamieniczek. Jest to także miejsce uczęszczane przez mieszkańców, zwłaszcza młodzież, która po szkole przesiaduje na ławeczkach i chodniku zaraz przy kanale.

Ponts Couverts

Przechadzając się uroczą Petite France dochodzimy do pięknego Ponts Couverts, trzech wież pełniących pierwotnie funkcje obronne, które zostały wybudowane w XIII wieku nad kanałami rzeki Ill. Miejsce to najlepiej fotografować od strony Barrage Vauban – zimą niestety było otwarte jedynie do 17 i mi się niestety nie udało… Latem możecie korzystać z tarasu do 21.00.

Pomiędzy kanałami przepływającymi pod Ponts Couvert znajduje się uroczy domek nazwany Protection des Mineurs (czyli ochrona małoletnich). Aktualnie mieści się tutaj instytucja zajmująca się ochroną dzieci. Jest to jednocześnie jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w Strasbourgu.

Przechadzka uliczkami starego miasta

Poza głównymi atrakcjami warto pospacerować uliczkami całej Grande Île, wstąpić do sklepików, zjeść coś pysznego w tamtejszych kawiarenkach.

Dzielnica europejska

Strasburg zasłynął także jako miejsce obrad Parlamentu Europejskiego. W momencie utworzenia po zakończeniu II wojny światowej Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (można powiedzieć matki Unii Europejskiej) większość jej instytucji znajdowało się w Luksemburgu. Jednak Rada Europy miała już swoją siedzibę w Strasburgu i postanowiła ją udostępnić dla obrad plenarnych Wspólnoty, co później przekształciło się w Parlament Europejski. Po utworzeniu w 1958 r. Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej większość jej działalności koncentrowała się w Brukseli, a mniej więcej od lat 90. najważniejsze zgromadzenia odbywają się w budynkach w Strasburgu.

Parlament Europejski

Zakupy i pamiątki

Także osoby lubujące się w zakupach będą miały co robić w Strasburgu. W ścisłym centrum znajduje się kilka shoppingowych uliczek i placów: Place Kléber i Rue de Grandes Arcades. Nie daleko można także pobuszować w lokalnej Galerie Lafayette oraz Printemps. W środku zawsze znajdziemy jakąś promocję.

Na każdym kroku natkniemy się także na sklepiki z pamiątkami. Masa tutaj standardowych przedmiotów tego typu, jak magnesy czy pocztówki. Warto jednak zaopatrzyć się w coś lokalnego. Mamy do wyboru ogromną ilość chustek i ścierek w różnego rodzaju wzory i nadruki, np. z napisem Strasbourg, Alsace czy naszytymi bocianami. Gratką dla osób lubujących się w gotowaniu będą pięknie zdobione ceramiczne formy do wyrabiania babek, alzackiego smakołyku, czy naczynia żaroodporne, w których tradycyjnie zapieka się tutaj Baeckeoffe (o tym daniu niżej 😉 ).

Hansi i bociany

Spacerując uliczkami Strasburga z pewnością natraficie na masę podobizn bocianów. Nam Polakom oczywiście zawsze wydawało się, że to nasz kraj to stolica tych czerwononogich ptaków, jednak we Francji uważa się za nią Alzację. To tutaj też narodziła się legenda o bocianach przynoszących dzieci zrezygnowanym rodzicom. Mówi się, że kobieta musiała wystawić na okno kostki cukru, aby zwabić ptaka. W samym Strasburgu rocznie przebywa podobno 740 par bocianów!

Na każdym kroku spotkacie także podobiznę małej dziewczynki w specyficznej, ogromnej kokardzie. Ich autorem jest francuski malarz, rysownik Jean-Jacques Waltz, który używał pseudonimu Hansi. Tak też nazywa się charakterystyczną dziewczynkę.

W soboty w Strasburgu odbywa się także regionalny targ bibelotów. Wokół centrum mieszkańcy rozstawiają stragany, gdzie można zakupić różne przedmioty, od biżuterii i domowe ozdoby, książki, po używane ubrania znanych marek, jak Louis Vuitton czy Gucci.

Rejs statkiem – Batorama

Jedną z atrakcji Strasburga jest możliwość odbycia około godzinnej wycieczki statkiem wokół Grande Île. Bilety można zakupić zaraz przy statkach lub w sklepiku z pamiątkami zaraz na przeciwko Cathédrale Notre Dame. Na dłuższą trasę (zobaczymy też dzielnicę europejską) kosztuje on 13 euro, na skróconą (tylko Grande Île) 10 euro. Na pokładzie możemy skorzystać z audioprzewodnika (w cenie), który dostępny jest w kilku językach, m.in: angielskim, francuskim, rosyjskim czy chińskim.

Informacje praktyczne

Jak tu dojechać?

Można się tutaj dostać samolotem, Strasburg posiada własne lotnisko. Bezpośrednio latają tu samoloty z Frankfurtu nad Menem, więc najpierw musimy dostać się tutaj. Ja korzystając z usług Lufthansy doleciałam właśnie do tej miejscowości, a później busem tej samej linii (Lufthansa Express Bus) dojechałam w 2 godziny do Strasburga. Koszt to około 500 zł z bagażem podręcznym (tam i powrót). W przypadku bezpośredniego lotu do Strasburga z Wrocławia koszt wynosił mniej więcej dwa razy tyle. Bilety kupowałam w styczniu na luty. Można tutaj także dojechać Flixbusem (ok. 170 zł w jedną stronę), jedzie się od 17 do 20 godzin. Lepiej, więc chyba troszkę dopłacić do Lufthansy.

Gdzie spać?

Ja wynajęłam pokój dwuosobowy w City Residence Access Strasburg przez stronę Booking.com (wystarczy, że w wyszukiwarce wpiszecie nazwę hotelu). Za 4 noce zapłaciłam 960 zł, w pokoju znajduje się łazienka, lodówka i mały aneks kuchenny, w tym mikrofalówka, płyta kuchenna, czajnik, naczynia i sztućce. Sprzątanie pokoju przysługuje jednak dopiero po tygodniu (inaczej trzeba dopłacić), a także wydzielany jest papier toaletowy na osobę! Trochę to dziwne, ale niczego nam nie zabrakło 😀 Jeśli nie szukacie luksusów, możecie śmiało rezerwować ten hotel. Pieszo do centrum idzie się jakieś 5-10 minut, niedaleko jest także mały Carrefoure Express oraz duży Auchan w galerii handlowej.

Czego spróbować i gdzie?

Jeśli nigdy nie byliście we Francji jest kilka podstawowych smaków, których koniecznie musicie spróbować! Oczywiście jednym z nich są tutejsze bagietki, ja zajadam się nimi tutaj każdego dnia, przeważnie pałaszuje je z serem pleśniowym, którego wybór jest tutaj ogromny! W Alzacji warto spróbować tego tutejszego Munster, choć każdy, który weźmiecie z półki będzie wyśmienity!

Bagietki to francuskie dobro narodowe! Są pyszne!

Oczywiście – wina! Jest ich naprawdę ogromny wybór, nie jest też strasznie drogie, choć to zależy od gatunku, rocznika itd. W przeciwieństwie do Polski we Francji smaczne wino kupicie już w granicy 3 euro (ok. 12 zł), czasem zdarzy się nawet taniej. Nie zbankrutujecie, więc na tym. W knajpach kieliszek wina kosztuje od 3,50 do 7 euro, czasem więcej zależy od restauracji. Będąc w Strasburgu warto spróbować win Alzackich, to tutaj znajduje się bowiem ich szlak. Warto, więc sięgnąć do tych produkowanych w pobliskim Colmarze, Eguisheim czy Riquewihr.

W przypadku win i piw mogę Wam polecić Aux douze apôtres, bar znajdujący się zaraz Cathédrale Notre Dame. Latem, kiedy siądziecie przy stolikach wystawionych na zewnątrz będziecie mieli powalający widok na jeden z najważniejszy zabytków Strasburga. Można tu spróbować lokalnych alzackich win, także tych z miejscowości, które wymieniłam wyżej. Ceny zaczynają się już od 4 euro. Do tego możecie tutaj także próbować tart (o których niżej), przystawek, a także zjeść coś konkretniejszego. Zawsze jest tu pełno ludzi, czasem trzeba chwilę poczekać na miejsce. Warto jednak, gdyż jest to bar dość klimatyczny, jak najbardziej w stylu Francuzów.

Restauracje, a bardziej tawerny nazywane są tutaj winstube i to właśnie tam najlepiej zajść żeby skosztować pysznego, lokalnego jedzenia. Jednym z najpopularniejszych dań jest tarte flambée, w Niemczech znane jako flamkuchen – cienka pizza w stylu alzackim ze śmietanką, cebulą i boczkiem. Mamy tutaj do wyboru także inne kombinacje, z owocami morza, ślimakami, serami itd. Wyglądają pysznie! Z restauracji mogę śmiało polecić Wam Restaurant Au Gurtlerhoft.

Jako koneser wszelkiego rodzaju zapiekanek z ogromną przyjemnością skosztowałam Baeckeoffe. W dialekcie alzackim oznacza to po prostu piec piekarski. Pokrojone w plastry ziemniaki, cebulę, mięsa różnego rodzaju na noc marynuje się w tutejszym winie, a później zapieka w specjalnych glinianych naczyniach (możemy je kupić w każdy sklepie z pamiątkami). Tradycyjnie potrawa ta związana jest z zakazem używania ognia od piątkowej nocy, do wieczoru w sobotę. Np. ortodoksyjni luteranie zapiekali takie dania w piątek, a w sobotnie popołudnie było ono jeszcze ciepłe. Inna legenda mówi, że kobiety w Alzacji wykonywały pranie w poniedziałki, nie miały więc czasu, aby przygotować wtedy obiad. W związku z tym z rana wstawiały potrawę do piekarnika i szły zająć się swoimi obowiązkami.

Tradycyjny Baeckeoffe z bagietką i winem!

Alzacja słynie także ze słodkości! Nie sposób pominąć tutaj pysznych babeczek, różnokształtnych pierników, ptysi czy tart na słodko. Do wyboru, do koloru! Kto się oprze?

Wyruszając do Strasburga nie spodziewałam się, że mogę aż tak zauroczyć się we francuskiej miejscowości (może nie do końca francuskiej!). Każdemu kto zastanawia się nad kolejnym wyjazdem mogę polecić to wspaniałe miasteczko z jego uroczymi kamieniczkami, urzekającym Petite France i Ponts Couvert oraz powalającą Catédrale Notre Dame. Wyprawę do Strasburga zapamiętacie na długo – zapewniam!

PODOBA CI SIĘ WPIS? UWAŻASZ, ŻE TO CO ROBIĘ JEST POŻYTECZNE I CI POMAGA? MOŻESZ ZOSTAĆ MOIM PATRONEM, ABYM MOGŁA SKUTECZNIEJ ROZWIJAĆ SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W INTERNECIE! WIĘCEJ INFORMACJI ZNAJDZIESZ W ZAKŁADCE PATRONITE ALBO POD LINKIEM: HTTPS://PATRONITE.PL/HISTRAVEL/DESCRIPTION
Możesz także pomóc w rozwoju bloga niewielką wpłatą – symbolicznym kosztem kawy! UWAGA! W zamian za największą otrzymasz przewodnik po 10 wybranych przeze mnie zamkach i pałacach Europy! Z góry dzięki!
Postaw mi kawę na buycoffee.to
Bawaria Europa Niemcy

Rothenburg ob der Tauber – na Romantycznym Szlaku

Rothenburg ob der Tauber… Z pewnością gdzieś już słyszeliście tą nazwę. Każdemu komu mówię, że odwiedziłam to miasteczko twierdzi, że wie o, które chodzi i jest piękne! Pytanie czemu nigdy tam nie pojechali. Sława Rothenburg ob der Tauber dotarła już daleko poza granice Europy, pojawiają się tutaj turyści ze Stanów Zjednoczonych, Kanady i całej Azji! Także tutaj uświadczymy gromadki Chińczyków cykających sobie masę fotek (jest nawet specjalny profil na Instagramie dla Azjatów, którzy odwiedzili Rothenburg ob der Tauber). Ja to urocze, bawarskie miasteczko odwiedziłam już dwa razy i zamierzam tu wrócić jeszcze nie raz – po prostu je ubóstwiam!

Trochę historii…

Około roku 970 szlachcic Reinger ufundował w dorzeczu rzeki Tauber parafię Detwang. Prawdopodobnie było to miejsce, w którym później rozwijał się Rothenburg ob der Tauber, a sam kościół posłowania świętych Piotra i Pawła był poprzednikiem dzisiejszego kościoła św. Jakuba.

Miasto zostało założone przez rodzinę von Rothenburg i to im zawdzięcza swoją nazwę. Ulokowali oni jeszcze sześć innych miast o tej samej nazwie, warto więc posługiwać się pełnym nazewnictwem 😁

Swój prawdziwy rozkwit Rothenburg ob der Tauber przeżywał w XIII wieku, zwłaszcza po rozdaniu przez króla Rudolfa Habsburga przywilejów dla miast. Stulecie później był autonomicznym, wolnym miastem, które uznało władzę cesarza. Rothenburg był protestancki, w związku z czym mocno ucierpiało w czasie wojny 30-letniej. Kilkukrotnie okupowany, doprowadzony został do ekonomicznej ruiny. Dodatkowo w tym czasie, miejscowa ludność była nękana przez zarazy.

Miasteczko stało się sławne po 1873 r., kiedy włączono go do ogólnoniemieckiej sieci kolejowej. W tym momencie Rothenburg ob der Tauber został, jakby odkryty na nowo. Głoszono, że jest pozostałością dawnej, pięknej architektury Niemiec. Od tamtego momentu turystyka odgrywa ogromną rolę w życiu miasta i przyczyniła się do jego rozwoju.

Pierwsza połowa XX wieku nie zapisała się jednak pozytywnie w historii Rothenburg ob der Tauber. Jeszcze pod koniec XIX stulecia osiedliła się tutaj niewielka grupa Żydów, która została wygnana w 1938 r. Nazistowska Trzecia Rzesza uznała mieścinę za perfekcyjny przykład kultury niemieckiej. W czasie nalotów amerykańskich w 1945 r. zniszczeniu uległa prawie połowa starego miasta otoczonego murami. Odbudowa Rothenburg ob der Tauber jest jednym z największych osiągnięć mieszkańców.

Trochę informacji praktycznych

Jak się tu dostać?

Ja preferuje dojazd samochodem, jednak można się tutaj też dostać autobusem. Najlepiej jako miasto startowe wybrać sobie w tym wypadku Frankfurt nad Menem lub Monachium, które są miejscami startowymi dla Romantycznej Drogi. Więcej informacji o kupieniu biletu na autobus znajdziecie na stronie Romantic Road Coach. Rothenburg ob der Tauber jest także połączony linią kolejową z pobliskim Würzburgiem, Monachium i Norymbergą. Bilety można kupić tutaj.

Gdzie zamieszkać?

Nie mam tutaj jakiś faworytów. Ja wyjeżdżając gdziekolwiek przeważnie korzystam z wyszukiwarki Booking.com. Zakładając tam konto, po pewnym czasie uzyskujecie pewne zniżki, najpierw 10%, później 15% itd., a portal przygotowuje też dla Was specjalne promki.

Nocleg w Rothenburgu nie jest super tani, za pokój dwuosobowy z łazienką, dwa kroki od centrum zapłacimy minimum ok. 70 euro. Ja za 3 noce w pokoju dwuosobowym na przełomie grudnia i stycznia zapłaciłam 1150 zł.

W przypadku przyjazdu tu samochodem warto zadbać o hotel z darmowym parkingiem. Na starym mieście parking nie jest bowiem tani (ok. 2 euro za godzinę). Możemy jednak znaleźć także parkingi dobowe i one już wychodzą taniej. Poza murami starego miasta samochód możemy postawić już za darmo, trzeba mieć tylko trochę szczęścia i znaleźć wolne miejsce.

Co i gdzie zjeść?

Restauracje

Bawaria, zresztą jak całe Niemcy charakteryzuje się ciężkimi, mięsnymi potrawami. Podobnie jest w Rothenburg ob der Tauber. Na restauracyjki natkniecie się na każdym kroku, większość charakteryzuje się dobrą kuchnią, ja mam jednak jednego faworyta. Mimo to, jeśli wejdziecie do jakiejkolwiek restauracji (poza Ratsstube – tu jedzenie jest okropne! Omijajcie!) to będziecie zadowoleni.

Moim zdaniem, najlepsza restauracja w Rothenburg ob der Tauber (jeśli nie w całej Bawarii :D) mieści się w najstarszym budynku w mieście (datuje się, że powstał około 900 roku) – Zür Holl, czyli „do piekła”. Sama nazwa już podbiła moje serce!

Ceny w zasadzie nie przekraczają tych, które spotkamy w innych restauracjach w Niemczech. Dania z karty, takie jak różnego rodzaju kiełbaski z kapustą i chlebem, sznycla kupimy za 10 euro. Jeśli chcemy coś „lepszego”, jak na przykład moje ukochane żeberka to kosz ok. 15 euro, szaszłyk (zdjęcie niżej, ale już ściągnięty ze szpikulca) to 20 euro. Wina, piwa i inne napoje to koszt od kilku euro do ok. 7 euro przy winach lepszych gatunkowo za kieliszek. My zostawiamy tutaj przeważnie około 50 euro za obiad/kolację dla dwóch osób.

Na kolana powalają jednak potrawy sezonowe. Będąc tu w maju mogłam skosztować przepysznych szparagów z różnymi dodatkami (sznycel, szynka, kiełbaski, co sobie wybierzemy) oraz zupy przygotowanej z kwiatów (wybaczcie, ale nie pamiętam rodzaju) hodowanych za restauracją… Jakie to było pyszne! Takie potrawy są oczywiście nieco droższe, nie ma ich także w menu, ale kelner informuje nas o wszystkich daniach specjalnych na samym początku (po angielsku lub niemiecku).

Nie przepadam za żeberkami…ale te…zresztą widać po minie! I ten sos!

Aby dostać się do Zür Holl należy wcześniej zarezerwować miejsce, nam udało się trafić i weszliśmy tam za pierwszym razem, jednak bywa z tym trudno. Restauracja jest otwarta od 17 do 24 (przy czym jedzenie można zamawiać do 22), we wszystkie dni poza niedzielą i świętami. Najbardziej w Zür Holl, poza świetnym, typowo niemieckim jedzeniem urzeka mnie obsługa – pełna serdeczności i szacunku wobec swojego klienta. Polscy kelnerzy powinni brać przykład!

Ze względu na wystrój mogę polecić Baumeisterhaus Inh. Dieter Neupert, znajduje się zaraz przy rynku miasta. Udało mi się wypić tutaj tylko kawę, jednak widziałam, że wiele osób w niej przesiadywało. Ciastka także wyglądały bardzo kusząco!

Lokalne specjały

Bawaria piwem i winem stoi…

Rothenburg ob der Tauber to jednak wybitnie winiarskie miasto, więc koniecznie musicie spróbować tutejszych trunków. Można się wręcz o nie potknąć. Ja polecam winiarnie i zarazem hotel z restauracją Glocke, znajduje się zaraz przy Das Plönlein. Macie, więc dodatkowo piękny widok 🙂 Lokalne wina możecie kupić od 7-8 euro wzwyż za butelkę.

Jeśli jesteście tu zimą, koniecznie musicie spróbować grzanego wina! Tu akurat w Glocke

Lokalnym słodkim specjałem są Schneeballen. To wykonane z kruchego ciasta słodkie kule i od ich wyglądu pochodzi nazwa, czyli po polsku kula śnieżna. Te najprostsze posypane są cukrem pudrem i suche w środku. Można jednak zakupić inne rodzaje (jest ich aż 27!) wypełnione różnym nadzieniem – czekoladą, marcepanem, nugatem itd. Są małe i duże Schneeballen, kosztują od 1,5 euro (te najmniejsze i posypane cukrem pudrem) do kilku euro. Kule popularne są głównie w rejonie Rothenburga, ja osobiście nigdzie indziej ich nie widziałam. Warto, więc ich spróbować na miejscu!

Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam makarony, kluseczki, kluski itd. Wszystkim zapewne Niemcy kojarzą się z ciężką, mięsna kuchnią, jednak nie do końca tak jest. W Bawarii możemy zjeść przepyszne Käsespätzle, czyli makaron/kluseczki wykonane z jajek podawane z sosem z sera (przeważnie emmentaler) i posypane prażoną cebulką. Ja uwielbiam!

Pamiątki

Nigdzie nie widziałam tak uroczych sklepików z pamiątkami, jak w Rothenburg ob der Tauber! Nie dość, że mieszczą się w historycznych, kolorowo pomalowanych i udekorowanych kamieniczkach, to jest w czym wybierać, a souveniry są rzeczywiście wyjątkowe! Przemyślane, ładne, bez badziewa. Rzadko udaje się zakupić takie przedmioty!

Jeden ze sklepików z drogimi pamiątkami zaraz przy rynku. Akurat ozdobiony na święta!

Jedną z najpopularniejszych pamiątek z Bawarii są bogato zdobione zegary ścienne. Wyglądają pięknie, chodzą punktualnie, w zależności od ceny i konceptu ruszają się na nich ludziki i zwierzaczki. Wybór jest naprawdę ogromny. Ceny jednak są kosmiczne! Najmniejszy, a w związku z tym najuboższy pod kątem wizualnym kosztuje ponad 70 euro, te większe umieją dosięgnąć ceny nawet kilkuset euro! Szaleństwo! No, ale są piękne…

Rękodzieło a przy nim cena… Choć kotek uroczy 😀

To tutaj widziałam także najpiękniejsze ceramiczne domki. Mamy ich ogromny wybór! Co jest super to przedstawiają one najważniejsze kamienice z Rothenburg ob der Tauber (czyli ten znajdujący się przy Das Plönlein, Rathaus, Zür Holle, Gerlachschmiede i wiele wiele innych), ale także budynki z innych miast niemieckich. Najwięcej mamy oczywiście tych bawarskich: Norymbergę, Monachium, Bamberg, Schweinfurt itd., ale także z innych regionów np. Lubekę, Berlin. Dla kolekcjonerów to prawdziwa gratka, zwłaszcza, że większość wykonana jest ręcznie! Ja nawet pokusiłam się o zakup jednego – zobaczycie go niżej na fotce przy Gerlachschmiede. Ceny najmniejszy zaczynają się od mniej więcej 25 euro (w zależności jaki budyneczek). Im większe, tym cena wyższa. Ja je uwielbiam i mimo, że cena nie porywa (choć nie jest to też jakiś kosmos) to myślę, że warto zainwestować w choć jeden.

Te domki były już mega drogie! Cen nawet nie pamiętam, ale były zawrotne

Teddy Bear

Pierwszy miś o nazwie Teddy został zaprojektowany w firmie Steiff, a od 1903 r. rozpoczęła się jego masowa produkcja na zamówienie Amerykanów. Od tamtego momentu każde dziecko (i nie tylko) marzy o posiadaniu miękkiego, puchatego niedźwiadka. Jego nazwa nieodłącznie wiąże się z amerykańskim prezydentem Theodorem „Teddy” Roseveltem. Nie każdy wie, że jeden z większych sklepów Steiff, gdzie można zakupić Teddy Bear, choć także inne piękne maskotki tej firmy, znajduje się właśnie w Rothenburg ob der Tauber, nieopodal rynku, zaraz przy muzeum świątecznym.

Co warto zobaczyć?

Centrum miasta – Marktplatz z ratuszem

Co godzinę, w oknach Tawerny Rajców pojawiają się w jego oknach dwie postaci, z których jedna wypija wino z wielkiego kufla. Upamiętnia to chwile uratowania miasta przed armią Johana von Tilly’ego w czasie wojny 30-letniej. Najeźdźca złożył propozycje, że jeśli ktoś wypije 3 litry wina jednym haustem to oszczędzi on miasto. Wyzwanie przyjął burmistrz Rothenburga Nush i wyszedł ze zmagania zwycięsko! Z tej okazji na początku września mieszkańcy świętują podczas festynu ocalenie miasta!

Centrum Rothenburg ob der Tauber stanowi Marktplatz z ratuszem, na którego wieże można się wspiąć, o tym jednak niżej. Obok ratusza znajduje się Tawerna Rajców (Ratstrinkstube) – budynek z zegarem.

Przy Marktplatz odbywają się największe wydarzenia w mieście, jak koncerty Ambasadorów Muzyki (Ambassadors of Music), Imperial City Festival i uroczy jarmark bożonarodzeniowy Reiterlesmarkt, którego nie miałam jeszcze okazji zobaczyć, co koniecznie chce nadrobić! W czasie mojego ostatniego sylwestrowego pobytu otwarte były jedynie jego pozostałości – kilka budek z jedzeniem i winem. Trochę więcej otworzyło się zaraz przed imprezą witającą Nowy Rok.

Rynek w czasie Sylwestra

Poza budynkiem Ratusza i Ratstrinkstube warto zwórcić uwagę na kamieniczkę Marienapotheke. Zaraz przy rynku znajduje się także Informacja Turystyczna (dawny budynek Ratstrinkstube), gdzie możecie znaleźć ulotki z najważniejszymi informacjami w języku polskim i wielu innych.

Ciekawa jest także bogato zdobiona fontanna św. Jerzego (stoi zaraz przy Marienapotheke). Pochodzi z 1446 roku, a jej szczyt filaru zdobi św. Jerzy, który zabija smoka. W zimie jest on zabezpieczony przez zimnem i znajduje się w szklanej ramie. Co ciekawe, replika fontanny znajduje się w Disney World w Orlando!

Fontanna św. Jerzego

Wieża ratuszowa i przepiękna panorama miasta

Rothenburg ob der Tauber słynie ze pięknych paronam miasta. Jedną z nich możemy oglądać z renesansowej wieży ratuszowej. Aby się na nią dostać należy wspiąć po 220 schodach. Pod koniec, gdzie zasiada w swojej kasie starsza Pani (serio, podziwiam ją za to, że wchodzi tam codziennie!) robi się ciężej, ponieważ mamy do czynienia z malutką drabinką a wokół jest dość ciasno. Cena za wejście wynosi zaledwie 2,5 euro, więc myślę, że warto dla tego widoku.

Żeby nie było, że ktoś inny robił mi zdjęcia z wieży… Weszłam sama!
Uwielbiam to zdjęcie <3

Pięknie, prawda? O innych panoramach miasta opowiem Wam w kolejnym poście na temat Rothenburg ob der Tauber!

Boczne uliczki…

Od głównego placu odchodzi kilka uliczek, w każdej znajdziemy urocze zabudowania i sklepiki.

Spacerując, warto zwrócić uwagę na dekorację i szczegóły, każda kamieniczka jest inna, gdyż każdy właściciel miał inny pomysł na jej ozdobienie. Szczególnie pięknie wyglądają w okresie świątecznym.

Zwiedzając Rothenburg ob der Tauber warto zwrócić uwagę na olśniewające złotem afisze restauracji i sklepików.

Jeśli udamy się w dół główną ulicą Schmiedgasse dojedziemy do przepięknego skrzyżowania ulic… Zobaczymy tam największą atrakcję Rothenburg ob der Tauber.

Das Plönlein – król Instagrama

Rothenburg ob der Tauber olśniewa swoimi kamieniczkami i uliczkami. Najczęściej fotografowanym, ale także jakże uroczym miejscem w mieście jest Das Plönlein. Większość uważa, że nazwa ta odnosi się do żółtej, XIII-wiecznej kamieniczki. To wąski dom z muru pruskiego, przed nim znajduje się fontanna, a za nią górują dwie wieże – Kobolzeller Tor i Siebersturm. Pojęcie Das Plönlein odnosi się jednak do całego tego miejsca – kamieniczka znajduje się w jego centrum, należy jednak do niego dodać także dwie majestatyczne wieże oraz fontannę. Nazwa pochodzi od łacińskiego wyrazu „planum”, czyli płaskiego miejsca. Pięknie, prawda? 🥰

Nie bez powodu zdjęcie przy Das Plönlein od dawna jest moim zdjęciem profilowym!

Gerlachschmiede

Gerlachschmiede to jeden z najpiękniejszych budynków pruskich w Rothenburg ob der Tauber. Przed 1945 r. był tylko zwykłą stodołą, potem niestety został zniszczony w czasie bombardowania. Odbudowany w 1951 r. jest wierną kopią pierwowzoru. Na górze znajduje się herb z koronowanym wężem, dziełem Georga Gerlacha. Podobnie, jak Das Plönlein, to jedno z najczęściej fotografowanych zaułków w Rothenburg ob der Tauber.

https://www.instagram.com/p/B7HFqUiB93S/?utm_source=ig_web_copy_link

Wioska Bożonarodzeniowa – Christkindlmarkt Kathe Wohlfahrt

Zaraz przy rynku znajduje wyjątkowe miejsce! Święta w Rothenburg ob der Tauber trwają, bowiem cały rok! Znajduje się tutaj Rothenburgs Weihnachtsmuseum, czyli Rothenburskie Muzeum Świąt, które jest czynne cały rok! Możemy się tam dowiedzieć o obchodzeniu świąt przez Niemców, o tym gdzie stanęła pierwsza choinka, czy o Mikołaju w innej odsłonie (jeszcze zanim był miły i przynosił prezenty). Wejście do muzeum nie jest drogie, wynosi 4 euro za osobę dorosłą, 2 euro za dziecko.

Wejście do sklepu

Naprzeciw muzeum znajduje się sklep, gdzie możemy się zaopatrzyć w przepiękne ozdoby choinkowe, także przez cały rok! Nie są one jednak tanie… Ceny wahają się od kilku euro (ok. 5-6) do kilkunastu za ozdobę. Warto, mimo tego zaopatrzyć się chociaż w jedną, ręcznie wykonaną figurkę. Wybór jest ogromny i każdy z pewnością znajdzie tutaj coś dla siebie!

Zimą jeździ świąteczne autko

Jakobskirche

W centrum miasta znajduje się także ewangelicko-luterański kościół parafialny św. Jakuba. Powstał w latach 1311-1484. Z zewnątrz kościół wygląda dość prosto, jednak w środku można zobaczyć ciekawe malowidła z XIV i XV wieku oraz Ołtarz Świętej Krwi autorstwa rzeźbiarza Tilmana Riemenschneidera (ok. 1500 r.) i Ołtarz Dwunastu Posłańców Friedricha Herlina (1466 r.). Na odwrocie tego drugiego możemy zobaczyć najstarsze przedstawienie miasta Rothenburg ob der Tauber i rzadkie legendy o pielgrzymach. Ciekawy jest również fakt, że dwie wieże kościoła różnią się wysokością, jedna na 55,2 m, a druga 57,7 m. W 2011 roku kościół został odnowiony.

Rothenburg ob der Tauber – moja miłość

Rothenburg ob der Tauber to jedna z moich najukochańszych miejscowości w Niemczech, jeśli nie w całej Europie. W związku z tym nie mogłam mu poświęcić jedynie jednego posta. Wyczekujcie, więc niedługo kontynuacji naszej przygody na Romantycznym Szlaku!