
Egipt z końskiego grzbietu nie był spełnieniem wielkiego marzenia ani wyprawą planowaną miesiącami. To nie była kolejna „podróż życia”, którą odhaczasz na liście. Wręcz przeciwnie – ten wyjazd wydarzył się trochę obok planów, wbrew logice i kalendarzowi. A może właśnie dlatego okazał się jednym z najmocniejszych doświadczeń, jakie kiedykolwiek przeżyłam.
Myślałam o Egipcie raczej w kontekście przyszłości – maja, czerwca, bardziej przewidywalnego momentu. Tymczasem nagle zwolniło się jedno miejsce na grudniowy wyjazd. Jedno. Bez długiego analizowania, bez rozpisywania „za” i „przeciw”. Było tylko bardzo wyraźne poczucie, że jeśli nie teraz, to być może wcale. Zarezerwowałam ten wyjazd niemal przypadkiem, ale z ogromnym spokojem wewnętrznym, że to dokładnie ten czas i ta przestrzeń, których wtedy potrzebowałam.

Egipt konno – inny niż wszystkie wyobrażenia
Dla wielu osób Egipt to piramidy, hotele all inclusive i zorganizowane wycieczki autokarowe. Mój Egipt wyglądał zupełnie inaczej. Był surowy, intensywny, momentami trudny, a jednocześnie zaskakująco wyciszający. Oglądany z perspektywy końskiego grzbietu, w rytmie kłusa i galopu, z pustynnym wiatrem na twarzy, stał się doświadczeniem głęboko fizycznym i emocjonalnym.
Jazda konna w takiej przestrzeni zmienia sposób postrzegania miejsca. Nie jesteś tylko obserwatorem – jesteś częścią krajobrazu, reagujesz na bodźce, uczysz się uważności i zaufania, nie tylko do konia, ale też do siebie.
Pierwszy dzień: piramidy i niepokój, którego się nie spodziewałam
Pierwszy dzień jazdy konnej zaczął się w jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc świata – pod piramidami w Giza. Paradoksalnie to właśnie tam poczułam największy niepokój. Byliśmy na miejscu wcześnie, ale teren już tętnił życiem: turyści, samochody, wielbłądy, konie, sprzedawcy, przewodnicy – wszystko działo się naraz. To był moment, w którym nikt z nas jeszcze nie wiedział, czego się spodziewać. Nie znaliśmy organizatorów, koni ani siebie nawzajem. Siedząc w siodle, obserwowałam obce konie reagujące na hałas i chaos. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że to nie będzie łatwa przygoda. Że to doświadczenie będzie wymagało znacznie więcej niż sprawności fizycznej – pełnej obecności, koncentracji i pokory. A jednocześnie czułam coś jeszcze: bardzo wyraźne przekonanie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.


Jazda konna na pustyni Fayoum – wolność bez planu
Dopiero kiedy oddaliliśmy się od najbardziej uczęszczanych miejsc i dotarliśmy w rejon Fayoum, poczułam, że Egipt zaczyna wyglądać tak, jak go sobie wyobrażałam. Przestrzeń się otworzyła, dźwięków było coraz mniej, a pustynia przejęła kontrolę nad rytmem dnia. Cwał na pustyni to doświadczenie, którego nie da się zaplanować ani porównać z czymkolwiek innym. Przed nami nie było dróg ani punktów odniesienia – tylko piasek, horyzont i ruch konia. To nie była „instagramowa wolność”, ale coś surowego, intensywnego i bardzo prawdziwego. Liczył się oddech, równowaga i moment, w którym ciało zaczyna nadążać za przestrzenią.


Noc na pustyni – cisza, która zmienia perspektywę
Nocowanie na pustyni w Fayoum było jednym z najbardziej zaskakujących momentów całej wyprawy. Bez zasięgu, bez hałasu, bez potrzeby dokumentowania czegokolwiek. Cisza była głęboka i obecna, zupełnie inna niż ta, którą znamy na co dzień. To nie była spektakularna noc. Była prosta, spokojna i bardzo intensywna. Uświadomiła mi, jak bardzo zmieniło się moje postrzeganie takich doświadczeń – z „przygody” w coś znacznie bardziej uważnego i świadomego.

Jeśli lubisz podróżować konno sprawdź mój wpis z Maroka:
Cwał na plaży w Essaouirze – jedno z najpiękniejszych doświadczeń mojego życia
Chocolate, Sułtan i Cleopatra – trzy konie, trzy światy. Egipt widziany z perspektywy konia
Każdy etap wyprawy miał swojego konia i swój charakter. Chocolate, spokojny i czujny, dawał stabilność w chaosie okolic piramid. Sułtan – najszybszy i niezwykle pewny – idealnie pasował do otwartej pustyni. Cleopatra, impulsywna i wymagająca, uczyła pełnej koncentracji w wąskich kanionach w okolicach Dahab. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że te konie były idealnym odbiciem przestrzeni, w których się poruszały. Każde z nich dodało inny wymiar temu doświadczeniu i razem stworzyły obraz Egiptu, którego nie da się zobaczyć z żadnej innej perspektywy.
Piorun – moment, który zmienił wszystko
Poranny wyjazd wzdłuż plaż w Dahab zapowiadał się spokojnie. Jasne światło, rytmiczna jazda, konie poruszające się w zwartej grupie. I wtedy wszystko wydarzyło się w jednej sekundzie. Piorun uderzył bezpośrednio w naszą grupę. Ogłuszający dźwięk, panika koni, upadki. Spadłam z konia i uderzyłam żebrami o ziemię. Przez chwilę nie mogłam złapać oddechu. Chaos, krzyki, kurz, próby uspokojenia zwierząt. To był moment brutalnego uświadomienia sobie, jak cienka jest granica między kontrolą a całkowitym chaosem. Na szczęście nikt nie wymagał hospitalizacji. Ból został na długo, ale ważniejsze było coś innego – świadomość, że w takich chwilach wszystko inne przestaje mieć znaczenie.
Dlaczego Egipt z końskiego grzbietu zostaje na zawsze
Egipt z końskiego grzbietu nie był łatwy ani wygodny. Był prawdziwy. Wymagał uważności, zaufania i gotowości na to, że nie wszystko da się przewidzieć. I właśnie dlatego stał się jednym z najmocniejszych doświadczeń w moim życiu. To podróż, która nie kończy się wraz z powrotem do domu. Zostaje w ciele, w pamięci i w sposobie patrzenia na świat.