
Jednym z moich ulubionych sposobów na poznawanie nowych miejsc – poza zwiedzaniem i szukaniem śladów historii – jest jazda konna. Gdziekolwiek się nie znajdę, jeśli tylko mam możliwość, próbuję wskoczyć w siodło i spojrzeć na okolicę z perspektywy końskiego grzbietu. Tak też było podczas sierpniowych wakacji na Gran Canarii. I muszę przyznać – to była jedna z najbardziej niezapomnianych przejażdżek, jakie miałam.
Możesz pomóc w rozwoju bloga niewielką wpłatą – symbolicznym kosztem kawy!

Dzień zaczął się sielankowo – leniwy poranek i wczesne popołudnie spędziłam na plaży, z twarzą w słońcu i stopami w oceanie. Było gorąco, nawet bardzo – ale kto by narzekał, kiedy jest się na wyspie pełnej słońca, kolorów i kanaryjskiego luzu?



Popołudniu miałam zaplanowaną jazdę w stadninie El Salobre Horse Riding – miejscu, które znalazłam jeszcze przed wyjazdem i które od razu przykuło moją uwagę swoimi widokami i klimatem. Umówiony był transport, który miał mnie odebrać z ustalonego punktu. Tyle że… łatwiej powiedzieć niż zrobić. W 35-stopniowym upale, z rozwianymi włosami i niepewnością w oczach, przez dłuższą chwilę błąkałam się w okolicy miejsca zbiórki. Nie powiem, stres był – szczególnie gdy czas mijał, a po aucie ani śladu.
Ale w końcu się udało – znalazłam samochód, wsiadłam z ulgą i ruszyłam ku górzystym pejzażom południowej części wyspy. Na miejscu spotkała mnie bardzo miła niespodzianka – okazało się, że stadninę prowadzą… Polki! Od razu zrobiło się jakoś cieplej na duszy (bo na ciele było wystarczająco gorąco 😉).
Prawdziwą gwiazdą tego dnia był jednak Kabul – mój koń. Silny, zrównoważony i pewny siebie, idealny kompan na trzygodzinną wyprawę przez suche doliny, skaliste zbocza i widoki, które wyglądały jak z filmu przygodowego. Czułam się wolna, skupiona, absolutnie „tu i teraz”. Udało się nawet trochę pogalopować – a to zawsze dodaje wyprawie szczególnej energii i radości.

Słońce powoli zaczynało opadać, krajobraz nabierał złotych tonów, a ja, mimo zmęczenia i siódmych potów, czułam się po prostu szczęśliwa. Tego wieczoru zasnęłam szybciej niż zwykle – i spałam jak dziecko. Tylko kto by pomyślał, że trzy godziny w siodle mogą tak dać w kość? 😉
Jazda konna to dla mnie coś więcej niż hobby – to sposób na kontakt z naturą, na uważność i na spojrzenie na świat z innej perspektywy. Jeśli też kochacie konie i będziecie kiedyś na Gran Canarii, koniecznie zajrzyjcie do El Salobre Horse Riding (tu macie ich Instagram). To nie tylko dobrze zorganizowana stajnia, ale też ludzie z pasją, piękne konie i krajobrazy, które zostają w głowie na długo po powrocie.
