Showing: 71 - 80 of 88 RESULTS

Zamek w Birżach na Litwie – na włościach Radziwiłłów

Litwa… można by powiedzieć mój (prawie) drugi dom. Kiedy rozpoczynałam swoją karierę (tak, to słowo brzmi poważnie 😂) to moje pierwsze wyjazdy naukowe rozpoczęłam właśnie od tego kraju. Było to oczywiście spowodowane tematem mojej pracy doktorskiej, która dotyczyła postaw magnaterii Wielkiego Księstwa Litewskiego w XVII stuleciu. Z tego też powodu mam pewien sentyment do szlachty (Sapiehów, Radziwiłłów, Paców nie lubię 😀 ) z tamtych terenów, a także zamków i pałaców, które po sobie pozostawiła. Wiecie, więc już dlaczego tak dużo informacji na ich temat znajdziecie na moim blogu 🙂 Myślę, że to jednak dosyć ciekawe, a także wypełnia pewną nisze. Na blogach ciężko, bowiem znaleźć informacje na temat części miejsc, o których wspominam pisząc o podróżach po Europie Wschodniej, a ja przebywam tam dość często, więc mogę podzielić się z Wami moimi relacjami 🙂

Po Litwie udało mi się już trochę pojeździć, przynajmniej raz do roku jestem w Wilnie, odwiedziłam Kowno, Troki, Kiejdany, Bowsk. Trochę jeszcze oczywiście przede mną zostało, np. Druskienniki, uzdrowisko położone niedaleko granicy z Polską, czy nadmorska Połąga. W tym poście chciałbym jednak opowiedzieć Wam o innej, mało znanej miejscowości, a mianowicie Birżach radziwiłłowskich i znajdującym się tam zamku.

Birże to niewielkie miasto położone niecałe 200 km od Wilna, niedaleko granicy z Łotwą. Jest malowniczo położone nad dwoma rzekami Oposzcza i Egłona oraz jeziorem Szyrwena. Najlepiej przedostać się do Birż własnym samochodem lub ewentualnie komunikacją publiczną z Wilna. Poza zamkiem można tutaj jeszcze zobaczyć pałac Tyszkiewiczów oraz kilka kościołów.

O ile Birże aktualnie nie są miastem zbyt znaczącym to kiedyś przeżywały one swój rozkwit. Były stolicą jednego z księstw, gościły u siebie znamienite osobowości w tym Władysława Jagiełłę, czy Gustawa Adolfa walczącego z Rzeczpospolitą w Inflantach, tam też z Augustem II Mocnym spotkał się car Piotr I Wielki. Birże pełniły także ważną funkcję obronną w XVII wieku.

Widok na zamek od frontu

Radziwiłłów każdy z Was mniej lub bardziej z pewnością kojarzy. Znana rodzina zdrajców ze słynnego „Potopu” Henryka Sienkiewicza nikomu nie jest obca. O jednej z ich posiadłości pisałam już wcześniej na blogu, a post o Kiejdanach znajdziecie tutaj.

Pierwszy zameczek, początkowo drewniany wzniesiono w Birżach już w XIV wieku, a jego właścicielami byli Friedkonisowie. Dopiero po bezpotomnej śmierci przedstawiciela ich rodziny Grzegorza, dobra odziedziczyła jego żona pochodząca z Radziwiłłów. Zamek rozbudowywali najbardziej znaczący przedstawiciele tej rodziny, kolejno Mikołaj „Rudy”, Krzysztof Mikołaj i Krzysztof II. Ten ostatni wzniósł wokół niego fortyfikacje na wzór niderlandzki. Później zamek przez jakiś czas służył jako kwatera główna króla szwedzkiego Gustawa Adolfa i ostatecznie został splądrowany.

Nową budowlę wzniesiono na rozkaz Janusza Radziwiłła (słynny zdrajca), a wyposażeniem zajął się Bogusław, który odziedziczył zamek w 1655 r. Zapewne wielu z Was patrząc na budowlę nie widzi w niej cech zamku, tak też miało być. Wybudowany został w nurcie palazzo in fortezza, czyli był to pałac posiadający cechy obronne. Po śmierci Ludwiki Karoliny zamek przeszedł we władanie jej córki, księżniczki neuburskiej. Później dzieje zamku były dość burzliwe, wrócił do posiadania Radziwiłłów, jednak w 1811 r. zajęła go Rosja i sprzedano go tanio Tyszkiewiczom. Ci jednak nie zajmowali się nim wystarczajaco, a budowla w Birżach popadała w ruinę.

Z Januszem Radziwiłłem 😉

Ciekawostka

Birże zostały wspominane w „Potopie” Henryka Sienkiewicza. To tutaj Janusz Radziwiłł wysłał na śmierć Wołodyjowskiego oraz jego towarzyszy. Uratował ich Zagłoba, który wmówił dowódcy straży Rochowi Kowalskiemu, że jest jego wujem, a później wymknąwszy się spod eskorty sprowadził pomoc.

Prace renowacyjne nad zamkiem trwały do końca lat osiemdziesiątych XX wieku. Aktualnie mieści się tutaj niewielkie Muzeum Regionalne „Sèla” (Biržų krašto muziejus „Sėla”).

Po odbudowie zamek został otoczony malowniczym parkiem krajobrazowym, gdzie zachowało się większość dawnych fos i bastionów. Dzięki usytuowaniu nad rzekami i jeziorem to idealne miejsce wypadowe dla par, rodzin z dziećmi, ciekawe miejsce do pieszych wędrówek czy po prostu wypoczynku. Z pewnością ogromną frajdę sprawi Wam przechadzanie się i wspinanie po pozostałościach murów obronnych. W muzeum znajduje się także mała restauracyjka, gdzie można coś przekąsić.

Zamek w Birżach można teraz zwiedzać wirtualnie. Ja nie miałam okazji zobaczyć zamku od środka i zapoznać się z ekspozycją, ponieważ muzeum było wtedy akurat zamknięte, dlatego chętnie skorzystałam z tej możliwości przygotowując dla Was posta.

Wstęp do muzeum nie jest drogi – dorośli płacą jedynie 3 euro (zwiedzanie zamku i arsenału). Za dodatkową opłatą, w grupie powyżej 5 osób można także wynająć przewodnika, również w językach obcych.

Każdy z nas lubi chyba odwiedzać zamki i pałace, bo dzięki takim krótkim pobytom możemy przenieść się w czasie, dotknąć historii, co jest bardzo popularne w dzisiejszych czasach. Zamek w Birżach będzie z pewnością nie lada gratką dla osób interesujących się militariami ze względu na pozostałe i łatwo dostrzegalne fortyfikacje i elementy obronne. Litwa w świadomości Polaków to przede wszystkim Wilno, mam jednak nadzieję, że ten niedługi post pokaże Wam ten kraj w trochę innej perspektywie. Poza stolicą można tam znaleźć wiele pięknych, interesujących miejsc. Jednym z ciekawszych z pewnością są radziwiłłowskie Birże.

Jeśli interesuje Cię ta tematyka napisałam już kilka postów o zamkach, pałacach i naszych wschodnich sąsiadach:

We Francji po niemiecku – Strasburg

Strasbourg to miasteczko o bardzo bogatej historii. Do XVII stulecia znajdowało się pod władzą niemiecką, później zostało zdobyte przez wojska „króla Słońce” – Ludwika XIV. W XX wieku kilkukrotnie zmieniało swoją przynależność, raz przechodząc w ręce Niemiec, później znów wracając do Francji. Ostateczne, tutaj właśnie pozostało. Przysłuchując się rozmowom mieszkańców czy opowieściom przewodników, znamienna jest niemiecka przeszłość Strasburga, który także mi, przypomina bardziej bawarskie miasteczka niż ulice Paryża. Nie bez powodu został, więc wybrany na siedzibę Parlamentu Europejskiego, niejako jako miasto pograniczna, wielokulturowe, tolerancyjne, położone przez całe wieki istnienia między Niemcami a Francją. Z drugiej strony symbolizuje także połączenie dawnych, minionych już epok z ciągłym podążaniem w przyszłość. Mikstura wyśmienita dla podróżnika!

Place Kléber nocą

Tego nie możesz przegapić – Grande Île

Grand Île – stare miasto jest największą atrakcją europejskiego Strasburga. Położone na wyspie okrążonej kanałami rzeki Ill jest idealną scenerią dla fotografów, czy turystów uwielbiających pić kawę wśród różnokolorowych kamieniczek. Całe stare miasto w 1998 r. zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Centrum stanowi Place Kléber, nazwany od generała z czasów Rewolucji Francuskiej Jean-Baptise Kléber’a. Wcześniej nosił jednak nazwę Barfüsserplatz, czyli placu bosych zakonnic; zaraz obok znajdował się bowiem kościół franciszkanów.

Place Kléber
Sklepy przy Place Kléber
Pomnik Jean-Baptise Kléber’a

Warto zobaczyć tutaj kilka najważniejszych kamieniczek, w tym Maison Kammerzell – chyba najsławniejsza budowla Strasburga po katedrze. Powstała w 1427 r. i reprezentuje gotyk niemiecki. Jest bardzo charakterystyczna, bogato zdobiona, biało-czarna w drewnianej ramie.

Maison Kammerzell po prawej

Cathédrale de Notre Dame

Mierząca przeszło 142 metry wysokości Cathédrale Notre Dame w Strasburgu góruje nad miastem i jeśli choć trochę zbliżymy się w okolice starówki, to od razu ją dostrzeżemy. Budowla jest ciekawa głównie z powodu połączenia kilku ważnych nurtów architektonicznych, w tym późnego romanizmu, wczesnego gotyku francuskiego i dojrzałego gotyku niemieckiego. To istny misz-masz, który tworzy powalającą kompozycję. Najbadziej efektowna jest brama wejściowa do katedry wraz z górującą nad nią rozetą. Gdy ją zobaczyłam, zaczęłam zastanawiać się, dlaczego to Notre Dame w Paryżu jest tą najsławniejszą świątynią na świecie? 

Budowla katedry została zakończona w 1439 r., stanęła na miejscu starszej piaskowej budowli, która spłonęła. Wieża kościoła przez przeszło dwa wieki była najwyższa na świecie – ma 142 metry wysokości.

Jedną z atrakcji znajdujących się wewnątrz Cathédrale Notre Dame w Strasburgu jest zegar astronomiczny. Za każdym razem o godzinie 12.30 pojawiają się ma nim figury Jezusa i apostołów, które odgrywają najważniejsze sceny z życia Zbawiciela Świata. Zegar powstał w latach 1571-1574 według projektu architekta Bernharda Nonnenmachera. 

Palais Rohan

Jedną z najpiękniejszych budowli Strasburga jest Palais Rohan – dawna siedziba biskupów i kardynałów z rodziny Rohan. Pierwotnie pochodziła ona z Bretanii. Pałac został postawiony nieopodal Cathédrale Notre Dame, zaraz na przeciw rzeki Ill, w 1742 r. według projektu Roberta de Cotte. Od tamtego czasu gościł Ludwika XV, Marię Antoninę czy Napoleona.

Aktualnie mieści się tutaj muzeum, a budynek nazywają czasem małym wersalem. Możemy pooglądać tutaj eksponaty archeologiczne (Musée Archéologique), ceramikę inne przedmioty użytkowane przez arystokrację w XVIII wieku (Musée des Arts Décoratifs), a także obrazy namalowane w okresie od późnego średniowiecza do XIX stulecia (Musée des Beaux-Arts’). Można tu zobaczyć m.in. Boticellego czy El Greco. Bilety wstępu do wszystkich trzech muzeów kosztują 12 euro (dzieci wchodzą za darmo) lub każde muzeum osobno 6,50 euro.

Petite France i spacer wzdłuż kanałów rzeki Ill

Najbardziej turystycznym, a także uwiecznianym na zdjęciach przez turystów miejscem w Strasburgu jest Petite France, czyli „Mała Francja”. To historyczne centrum miasta sięga korzeniami średniowiecza i było wtedy domem dla rybaków, młynarzy czy garbarzy. Petite France charakteryzuje się uroczymi kamieniczkami, miedzy którymi przepływa rzeka Ill, co tworzy piękną mozaikę kolorów i kształtów. Jej nazwa nie jest związana jednak z patriotyzmem czy względami kulturowymi. W średniowieczu Strasburg był niemiecki i widać to na każdym kroku. Petite France pochodzi od hospicjum leczącego syfilis, które zostało wybudowane pod koniec XV stulecia. Schorzenie to było wtedy nazywane „chorobą francuską”.

Warto także pospacerować wzdłuż rzeki Ill i porobić sobie kilka zdjęć na tle romantycznych kamieniczek. Jest to także miejsce uczęszczane przez mieszkańców, zwłaszcza młodzież, która po szkole przesiaduje na ławeczkach i chodniku zaraz przy kanale.

Ponts Couverts

Przechadzając się uroczą Petite France dochodzimy do pięknego Ponts Couverts, trzech wież pełniących pierwotnie funkcje obronne, które zostały wybudowane w XIII wieku nad kanałami rzeki Ill. Miejsce to najlepiej fotografować od strony Barrage Vauban – zimą niestety było otwarte jedynie do 17 i mi się niestety nie udało… Latem możecie korzystać z tarasu do 21.00.

Pomiędzy kanałami przepływającymi pod Ponts Couvert znajduje się uroczy domek nazwany Protection des Mineurs (czyli ochrona małoletnich). Aktualnie mieści się tutaj instytucja zajmująca się ochroną dzieci. Jest to jednocześnie jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w Strasbourgu.

Przechadzka uliczkami starego miasta

Poza głównymi atrakcjami warto pospacerować uliczkami całej Grande Île, wstąpić do sklepików, zjeść coś pysznego w tamtejszych kawiarenkach.

Dzielnica europejska

Strasburg zasłynął także jako miejsce obrad Parlamentu Europejskiego. W momencie utworzenia po zakończeniu II wojny światowej Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (można powiedzieć matki Unii Europejskiej) większość jej instytucji znajdowało się w Luksemburgu. Jednak Rada Europy miała już swoją siedzibę w Strasburgu i postanowiła ją udostępnić dla obrad plenarnych Wspólnoty, co później przekształciło się w Parlament Europejski. Po utworzeniu w 1958 r. Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej większość jej działalności koncentrowała się w Brukseli, a mniej więcej od lat 90. najważniejsze zgromadzenia odbywają się w budynkach w Strasburgu.

Parlament Europejski

Zakupy i pamiątki

Także osoby lubujące się w zakupach będą miały co robić w Strasburgu. W ścisłym centrum znajduje się kilka shoppingowych uliczek i placów: Place Kléber i Rue de Grandes Arcades. Nie daleko można także pobuszować w lokalnej Galerie Lafayette oraz Printemps. W środku zawsze znajdziemy jakąś promocję.

Na każdym kroku natkniemy się także na sklepiki z pamiątkami. Masa tutaj standardowych przedmiotów tego typu, jak magnesy czy pocztówki. Warto jednak zaopatrzyć się w coś lokalnego. Mamy do wyboru ogromną ilość chustek i ścierek w różnego rodzaju wzory i nadruki, np. z napisem Strasbourg, Alsace czy naszytymi bocianami. Gratką dla osób lubujących się w gotowaniu będą pięknie zdobione ceramiczne formy do wyrabiania babek, alzackiego smakołyku, czy naczynia żaroodporne, w których tradycyjnie zapieka się tutaj Baeckeoffe (o tym daniu niżej 😉 ).

Hansi i bociany

Spacerując uliczkami Strasburga z pewnością natraficie na masę podobizn bocianów. Nam Polakom oczywiście zawsze wydawało się, że to nasz kraj to stolica tych czerwononogich ptaków, jednak we Francji uważa się za nią Alzację. To tutaj też narodziła się legenda o bocianach przynoszących dzieci zrezygnowanym rodzicom. Mówi się, że kobieta musiała wystawić na okno kostki cukru, aby zwabić ptaka. W samym Strasburgu rocznie przebywa podobno 740 par bocianów!

Na każdym kroku spotkacie także podobiznę małej dziewczynki w specyficznej, ogromnej kokardzie. Ich autorem jest francuski malarz, rysownik Jean-Jacques Waltz, który używał pseudonimu Hansi. Tak też nazywa się charakterystyczną dziewczynkę.

W soboty w Strasburgu odbywa się także regionalny targ bibelotów. Wokół centrum mieszkańcy rozstawiają stragany, gdzie można zakupić różne przedmioty, od biżuterii i domowe ozdoby, książki, po używane ubrania znanych marek, jak Louis Vuitton czy Gucci.

Rejs statkiem – Batorama

Jedną z atrakcji Strasburga jest możliwość odbycia około godzinnej wycieczki statkiem wokół Grande Île. Bilety można zakupić zaraz przy statkach lub w sklepiku z pamiątkami zaraz na przeciwko Cathédrale Notre Dame. Na dłuższą trasę (zobaczymy też dzielnicę europejską) kosztuje on 13 euro, na skróconą (tylko Grande Île) 10 euro. Na pokładzie możemy skorzystać z audioprzewodnika (w cenie), który dostępny jest w kilku językach, m.in: angielskim, francuskim, rosyjskim czy chińskim.

Informacje praktyczne

Jak tu dojechać?

Można się tutaj dostać samolotem, Strasburg posiada własne lotnisko. Bezpośrednio latają tu samoloty z Frankfurtu nad Menem, więc najpierw musimy dostać się tutaj. Ja korzystając z usług Lufthansy doleciałam właśnie do tej miejscowości, a później busem tej samej linii (Lufthansa Express Bus) dojechałam w 2 godziny do Strasburga. Koszt to około 500 zł z bagażem podręcznym (tam i powrót). W przypadku bezpośredniego lotu do Strasburga z Wrocławia koszt wynosił mniej więcej dwa razy tyle. Bilety kupowałam w styczniu na luty. Można tutaj także dojechać Flixbusem (ok. 170 zł w jedną stronę), jedzie się od 17 do 20 godzin. Lepiej, więc chyba troszkę dopłacić do Lufthansy.

Gdzie spać?

Ja wynajęłam pokój dwuosobowy w City Residence Access Strasburg przez stronę Booking.com (wystarczy, że w wyszukiwarce wpiszecie nazwę hotelu). Za 4 noce zapłaciłam 960 zł, w pokoju znajduje się łazienka, lodówka i mały aneks kuchenny, w tym mikrofalówka, płyta kuchenna, czajnik, naczynia i sztućce. Sprzątanie pokoju przysługuje jednak dopiero po tygodniu (inaczej trzeba dopłacić), a także wydzielany jest papier toaletowy na osobę! Trochę to dziwne, ale niczego nam nie zabrakło 😀 Jeśli nie szukacie luksusów, możecie śmiało rezerwować ten hotel. Pieszo do centrum idzie się jakieś 5-10 minut, niedaleko jest także mały Carrefoure Express oraz duży Auchan w galerii handlowej.

Czego spróbować i gdzie?

Jeśli nigdy nie byliście we Francji jest kilka podstawowych smaków, których koniecznie musicie spróbować! Oczywiście jednym z nich są tutejsze bagietki, ja zajadam się nimi tutaj każdego dnia, przeważnie pałaszuje je z serem pleśniowym, którego wybór jest tutaj ogromny! W Alzacji warto spróbować tego tutejszego Munster, choć każdy, który weźmiecie z półki będzie wyśmienity!

Bagietki to francuskie dobro narodowe! Są pyszne!

Oczywiście – wina! Jest ich naprawdę ogromny wybór, nie jest też strasznie drogie, choć to zależy od gatunku, rocznika itd. W przeciwieństwie do Polski we Francji smaczne wino kupicie już w granicy 3 euro (ok. 12 zł), czasem zdarzy się nawet taniej. Nie zbankrutujecie, więc na tym. W knajpach kieliszek wina kosztuje od 3,50 do 7 euro, czasem więcej zależy od restauracji. Będąc w Strasburgu warto spróbować win Alzackich, to tutaj znajduje się bowiem ich szlak. Warto, więc sięgnąć do tych produkowanych w pobliskim Colmarze, Eguisheim czy Riquewihr.

W przypadku win i piw mogę Wam polecić Aux douze apôtres, bar znajdujący się zaraz Cathédrale Notre Dame. Latem, kiedy siądziecie przy stolikach wystawionych na zewnątrz będziecie mieli powalający widok na jeden z najważniejszy zabytków Strasburga. Można tu spróbować lokalnych alzackich win, także tych z miejscowości, które wymieniłam wyżej. Ceny zaczynają się już od 4 euro. Do tego możecie tutaj także próbować tart (o których niżej), przystawek, a także zjeść coś konkretniejszego. Zawsze jest tu pełno ludzi, czasem trzeba chwilę poczekać na miejsce. Warto jednak, gdyż jest to bar dość klimatyczny, jak najbardziej w stylu Francuzów.

Restauracje, a bardziej tawerny nazywane są tutaj winstube i to właśnie tam najlepiej zajść żeby skosztować pysznego, lokalnego jedzenia. Jednym z najpopularniejszych dań jest tarte flambée, w Niemczech znane jako flamkuchen – cienka pizza w stylu alzackim ze śmietanką, cebulą i boczkiem. Mamy tutaj do wyboru także inne kombinacje, z owocami morza, ślimakami, serami itd. Wyglądają pysznie! Z restauracji mogę śmiało polecić Wam Restaurant Au Gurtlerhoft.

Jako koneser wszelkiego rodzaju zapiekanek z ogromną przyjemnością skosztowałam Baeckeoffe. W dialekcie alzackim oznacza to po prostu piec piekarski. Pokrojone w plastry ziemniaki, cebulę, mięsa różnego rodzaju na noc marynuje się w tutejszym winie, a później zapieka w specjalnych glinianych naczyniach (możemy je kupić w każdy sklepie z pamiątkami). Tradycyjnie potrawa ta związana jest z zakazem używania ognia od piątkowej nocy, do wieczoru w sobotę. Np. ortodoksyjni luteranie zapiekali takie dania w piątek, a w sobotnie popołudnie było ono jeszcze ciepłe. Inna legenda mówi, że kobiety w Alzacji wykonywały pranie w poniedziałki, nie miały więc czasu, aby przygotować wtedy obiad. W związku z tym z rana wstawiały potrawę do piekarnika i szły zająć się swoimi obowiązkami.

Tradycyjny Baeckeoffe z bagietką i winem!

Alzacja słynie także ze słodkości! Nie sposób pominąć tutaj pysznych babeczek, różnokształtnych pierników, ptysi czy tart na słodko. Do wyboru, do koloru! Kto się oprze?

Wyruszając do Strasburga nie spodziewałam się, że mogę aż tak zauroczyć się we francuskiej miejscowości (może nie do końca francuskiej!). Każdemu kto zastanawia się nad kolejnym wyjazdem mogę polecić to wspaniałe miasteczko z jego uroczymi kamieniczkami, urzekającym Petite France i Ponts Couvert oraz powalającą Catédrale Notre Dame. Wyprawę do Strasburga zapamiętacie na długo – zapewniam!

PODOBA CI SIĘ WPIS? UWAŻASZ, ŻE TO CO ROBIĘ JEST POŻYTECZNE I CI POMAGA? MOŻESZ ZOSTAĆ MOIM PATRONEM, ABYM MOGŁA SKUTECZNIEJ ROZWIJAĆ SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W INTERNECIE! WIĘCEJ INFORMACJI ZNAJDZIESZ W ZAKŁADCE PATRONITE ALBO POD LINKIEM: HTTPS://PATRONITE.PL/HISTRAVEL/DESCRIPTION
Możesz także pomóc w rozwoju bloga niewielką wpłatą – symbolicznym kosztem kawy! UWAGA! W zamian za największą otrzymasz przewodnik po 10 wybranych przeze mnie zamkach i pałacach Europy! Z góry dzięki!
Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rothenburg ob der Tauber – na Romantycznym Szlaku

Rothenburg ob der Tauber… Z pewnością gdzieś już słyszeliście tą nazwę. Każdemu komu mówię, że odwiedziłam to miasteczko twierdzi, że wie o, które chodzi i jest piękne! Pytanie czemu nigdy tam nie pojechali. Sława Rothenburg ob der Tauber dotarła już daleko poza granice Europy, pojawiają się tutaj turyści ze Stanów Zjednoczonych, Kanady i całej Azji! Także tutaj uświadczymy gromadki Chińczyków cykających sobie masę fotek (jest nawet specjalny profil na Instagramie dla Azjatów, którzy odwiedzili Rothenburg ob der Tauber). Ja to urocze, bawarskie miasteczko odwiedziłam już dwa razy i zamierzam tu wrócić jeszcze nie raz – po prostu je ubóstwiam!

Trochę historii…

Około roku 970 szlachcic Reinger ufundował w dorzeczu rzeki Tauber parafię Detwang. Prawdopodobnie było to miejsce, w którym później rozwijał się Rothenburg ob der Tauber, a sam kościół posłowania świętych Piotra i Pawła był poprzednikiem dzisiejszego kościoła św. Jakuba.

Miasto zostało założone przez rodzinę von Rothenburg i to im zawdzięcza swoją nazwę. Ulokowali oni jeszcze sześć innych miast o tej samej nazwie, warto więc posługiwać się pełnym nazewnictwem 😁

Swój prawdziwy rozkwit Rothenburg ob der Tauber przeżywał w XIII wieku, zwłaszcza po rozdaniu przez króla Rudolfa Habsburga przywilejów dla miast. Stulecie później był autonomicznym, wolnym miastem, które uznało władzę cesarza. Rothenburg był protestancki, w związku z czym mocno ucierpiało w czasie wojny 30-letniej. Kilkukrotnie okupowany, doprowadzony został do ekonomicznej ruiny. Dodatkowo w tym czasie, miejscowa ludność była nękana przez zarazy.

Miasteczko stało się sławne po 1873 r., kiedy włączono go do ogólnoniemieckiej sieci kolejowej. W tym momencie Rothenburg ob der Tauber został, jakby odkryty na nowo. Głoszono, że jest pozostałością dawnej, pięknej architektury Niemiec. Od tamtego momentu turystyka odgrywa ogromną rolę w życiu miasta i przyczyniła się do jego rozwoju.

Pierwsza połowa XX wieku nie zapisała się jednak pozytywnie w historii Rothenburg ob der Tauber. Jeszcze pod koniec XIX stulecia osiedliła się tutaj niewielka grupa Żydów, która została wygnana w 1938 r. Nazistowska Trzecia Rzesza uznała mieścinę za perfekcyjny przykład kultury niemieckiej. W czasie nalotów amerykańskich w 1945 r. zniszczeniu uległa prawie połowa starego miasta otoczonego murami. Odbudowa Rothenburg ob der Tauber jest jednym z największych osiągnięć mieszkańców.

Trochę informacji praktycznych

Jak się tu dostać?

Ja preferuje dojazd samochodem, jednak można się tutaj też dostać autobusem. Najlepiej jako miasto startowe wybrać sobie w tym wypadku Frankfurt nad Menem lub Monachium, które są miejscami startowymi dla Romantycznej Drogi. Więcej informacji o kupieniu biletu na autobus znajdziecie na stronie Romantic Road Coach. Rothenburg ob der Tauber jest także połączony linią kolejową z pobliskim Würzburgiem, Monachium i Norymbergą. Bilety można kupić tutaj.

Gdzie zamieszkać?

Nie mam tutaj jakiś faworytów. Ja wyjeżdżając gdziekolwiek przeważnie korzystam z wyszukiwarki Booking.com. Zakładając tam konto, po pewnym czasie uzyskujecie pewne zniżki, najpierw 10%, później 15% itd., a portal przygotowuje też dla Was specjalne promki.

Nocleg w Rothenburgu nie jest super tani, za pokój dwuosobowy z łazienką, dwa kroki od centrum zapłacimy minimum ok. 70 euro. Ja za 3 noce w pokoju dwuosobowym na przełomie grudnia i stycznia zapłaciłam 1150 zł.

W przypadku przyjazdu tu samochodem warto zadbać o hotel z darmowym parkingiem. Na starym mieście parking nie jest bowiem tani (ok. 2 euro za godzinę). Możemy jednak znaleźć także parkingi dobowe i one już wychodzą taniej. Poza murami starego miasta samochód możemy postawić już za darmo, trzeba mieć tylko trochę szczęścia i znaleźć wolne miejsce.

Co i gdzie zjeść?

Restauracje

Bawaria, zresztą jak całe Niemcy charakteryzuje się ciężkimi, mięsnymi potrawami. Podobnie jest w Rothenburg ob der Tauber. Na restauracyjki natkniecie się na każdym kroku, większość charakteryzuje się dobrą kuchnią, ja mam jednak jednego faworyta. Mimo to, jeśli wejdziecie do jakiejkolwiek restauracji (poza Ratsstube – tu jedzenie jest okropne! Omijajcie!) to będziecie zadowoleni.

Moim zdaniem, najlepsza restauracja w Rothenburg ob der Tauber (jeśli nie w całej Bawarii :D) mieści się w najstarszym budynku w mieście (datuje się, że powstał około 900 roku) – Zür Holl, czyli „do piekła”. Sama nazwa już podbiła moje serce!

Ceny w zasadzie nie przekraczają tych, które spotkamy w innych restauracjach w Niemczech. Dania z karty, takie jak różnego rodzaju kiełbaski z kapustą i chlebem, sznycla kupimy za 10 euro. Jeśli chcemy coś „lepszego”, jak na przykład moje ukochane żeberka to kosz ok. 15 euro, szaszłyk (zdjęcie niżej, ale już ściągnięty ze szpikulca) to 20 euro. Wina, piwa i inne napoje to koszt od kilku euro do ok. 7 euro przy winach lepszych gatunkowo za kieliszek. My zostawiamy tutaj przeważnie około 50 euro za obiad/kolację dla dwóch osób.

Na kolana powalają jednak potrawy sezonowe. Będąc tu w maju mogłam skosztować przepysznych szparagów z różnymi dodatkami (sznycel, szynka, kiełbaski, co sobie wybierzemy) oraz zupy przygotowanej z kwiatów (wybaczcie, ale nie pamiętam rodzaju) hodowanych za restauracją… Jakie to było pyszne! Takie potrawy są oczywiście nieco droższe, nie ma ich także w menu, ale kelner informuje nas o wszystkich daniach specjalnych na samym początku (po angielsku lub niemiecku).

Nie przepadam za żeberkami…ale te…zresztą widać po minie! I ten sos!

Aby dostać się do Zür Holl należy wcześniej zarezerwować miejsce, nam udało się trafić i weszliśmy tam za pierwszym razem, jednak bywa z tym trudno. Restauracja jest otwarta od 17 do 24 (przy czym jedzenie można zamawiać do 22), we wszystkie dni poza niedzielą i świętami. Najbardziej w Zür Holl, poza świetnym, typowo niemieckim jedzeniem urzeka mnie obsługa – pełna serdeczności i szacunku wobec swojego klienta. Polscy kelnerzy powinni brać przykład!

Ze względu na wystrój mogę polecić Baumeisterhaus Inh. Dieter Neupert, znajduje się zaraz przy rynku miasta. Udało mi się wypić tutaj tylko kawę, jednak widziałam, że wiele osób w niej przesiadywało. Ciastka także wyglądały bardzo kusząco!

Lokalne specjały

Bawaria piwem i winem stoi…

Rothenburg ob der Tauber to jednak wybitnie winiarskie miasto, więc koniecznie musicie spróbować tutejszych trunków. Można się wręcz o nie potknąć. Ja polecam winiarnie i zarazem hotel z restauracją Glocke, znajduje się zaraz przy Das Plönlein. Macie, więc dodatkowo piękny widok 🙂 Lokalne wina możecie kupić od 7-8 euro wzwyż za butelkę.

Jeśli jesteście tu zimą, koniecznie musicie spróbować grzanego wina! Tu akurat w Glocke

Lokalnym słodkim specjałem są Schneeballen. To wykonane z kruchego ciasta słodkie kule i od ich wyglądu pochodzi nazwa, czyli po polsku kula śnieżna. Te najprostsze posypane są cukrem pudrem i suche w środku. Można jednak zakupić inne rodzaje (jest ich aż 27!) wypełnione różnym nadzieniem – czekoladą, marcepanem, nugatem itd. Są małe i duże Schneeballen, kosztują od 1,5 euro (te najmniejsze i posypane cukrem pudrem) do kilku euro. Kule popularne są głównie w rejonie Rothenburga, ja osobiście nigdzie indziej ich nie widziałam. Warto, więc ich spróbować na miejscu!

Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam makarony, kluseczki, kluski itd. Wszystkim zapewne Niemcy kojarzą się z ciężką, mięsna kuchnią, jednak nie do końca tak jest. W Bawarii możemy zjeść przepyszne Käsespätzle, czyli makaron/kluseczki wykonane z jajek podawane z sosem z sera (przeważnie emmentaler) i posypane prażoną cebulką. Ja uwielbiam!

Pamiątki

Nigdzie nie widziałam tak uroczych sklepików z pamiątkami, jak w Rothenburg ob der Tauber! Nie dość, że mieszczą się w historycznych, kolorowo pomalowanych i udekorowanych kamieniczkach, to jest w czym wybierać, a souveniry są rzeczywiście wyjątkowe! Przemyślane, ładne, bez badziewa. Rzadko udaje się zakupić takie przedmioty!

Jeden ze sklepików z drogimi pamiątkami zaraz przy rynku. Akurat ozdobiony na święta!

Jedną z najpopularniejszych pamiątek z Bawarii są bogato zdobione zegary ścienne. Wyglądają pięknie, chodzą punktualnie, w zależności od ceny i konceptu ruszają się na nich ludziki i zwierzaczki. Wybór jest naprawdę ogromny. Ceny jednak są kosmiczne! Najmniejszy, a w związku z tym najuboższy pod kątem wizualnym kosztuje ponad 70 euro, te większe umieją dosięgnąć ceny nawet kilkuset euro! Szaleństwo! No, ale są piękne…

Rękodzieło a przy nim cena… Choć kotek uroczy 😀

To tutaj widziałam także najpiękniejsze ceramiczne domki. Mamy ich ogromny wybór! Co jest super to przedstawiają one najważniejsze kamienice z Rothenburg ob der Tauber (czyli ten znajdujący się przy Das Plönlein, Rathaus, Zür Holle, Gerlachschmiede i wiele wiele innych), ale także budynki z innych miast niemieckich. Najwięcej mamy oczywiście tych bawarskich: Norymbergę, Monachium, Bamberg, Schweinfurt itd., ale także z innych regionów np. Lubekę, Berlin. Dla kolekcjonerów to prawdziwa gratka, zwłaszcza, że większość wykonana jest ręcznie! Ja nawet pokusiłam się o zakup jednego – zobaczycie go niżej na fotce przy Gerlachschmiede. Ceny najmniejszy zaczynają się od mniej więcej 25 euro (w zależności jaki budyneczek). Im większe, tym cena wyższa. Ja je uwielbiam i mimo, że cena nie porywa (choć nie jest to też jakiś kosmos) to myślę, że warto zainwestować w choć jeden.

Te domki były już mega drogie! Cen nawet nie pamiętam, ale były zawrotne

Teddy Bear

Pierwszy miś o nazwie Teddy został zaprojektowany w firmie Steiff, a od 1903 r. rozpoczęła się jego masowa produkcja na zamówienie Amerykanów. Od tamtego momentu każde dziecko (i nie tylko) marzy o posiadaniu miękkiego, puchatego niedźwiadka. Jego nazwa nieodłącznie wiąże się z amerykańskim prezydentem Theodorem „Teddy” Roseveltem. Nie każdy wie, że jeden z większych sklepów Steiff, gdzie można zakupić Teddy Bear, choć także inne piękne maskotki tej firmy, znajduje się właśnie w Rothenburg ob der Tauber, nieopodal rynku, zaraz przy muzeum świątecznym.

Co warto zobaczyć?

Centrum miasta – Marktplatz z ratuszem

Co godzinę, w oknach Tawerny Rajców pojawiają się w jego oknach dwie postaci, z których jedna wypija wino z wielkiego kufla. Upamiętnia to chwile uratowania miasta przed armią Johana von Tilly’ego w czasie wojny 30-letniej. Najeźdźca złożył propozycje, że jeśli ktoś wypije 3 litry wina jednym haustem to oszczędzi on miasto. Wyzwanie przyjął burmistrz Rothenburga Nush i wyszedł ze zmagania zwycięsko! Z tej okazji na początku września mieszkańcy świętują podczas festynu ocalenie miasta!

Centrum Rothenburg ob der Tauber stanowi Marktplatz z ratuszem, na którego wieże można się wspiąć, o tym jednak niżej. Obok ratusza znajduje się Tawerna Rajców (Ratstrinkstube) – budynek z zegarem.

Przy Marktplatz odbywają się największe wydarzenia w mieście, jak koncerty Ambasadorów Muzyki (Ambassadors of Music), Imperial City Festival i uroczy jarmark bożonarodzeniowy Reiterlesmarkt, którego nie miałam jeszcze okazji zobaczyć, co koniecznie chce nadrobić! W czasie mojego ostatniego sylwestrowego pobytu otwarte były jedynie jego pozostałości – kilka budek z jedzeniem i winem. Trochę więcej otworzyło się zaraz przed imprezą witającą Nowy Rok.

Rynek w czasie Sylwestra

Poza budynkiem Ratusza i Ratstrinkstube warto zwórcić uwagę na kamieniczkę Marienapotheke. Zaraz przy rynku znajduje się także Informacja Turystyczna (dawny budynek Ratstrinkstube), gdzie możecie znaleźć ulotki z najważniejszymi informacjami w języku polskim i wielu innych.

Ciekawa jest także bogato zdobiona fontanna św. Jerzego (stoi zaraz przy Marienapotheke). Pochodzi z 1446 roku, a jej szczyt filaru zdobi św. Jerzy, który zabija smoka. W zimie jest on zabezpieczony przez zimnem i znajduje się w szklanej ramie. Co ciekawe, replika fontanny znajduje się w Disney World w Orlando!

Fontanna św. Jerzego

Wieża ratuszowa i przepiękna panorama miasta

Rothenburg ob der Tauber słynie ze pięknych paronam miasta. Jedną z nich możemy oglądać z renesansowej wieży ratuszowej. Aby się na nią dostać należy wspiąć po 220 schodach. Pod koniec, gdzie zasiada w swojej kasie starsza Pani (serio, podziwiam ją za to, że wchodzi tam codziennie!) robi się ciężej, ponieważ mamy do czynienia z malutką drabinką a wokół jest dość ciasno. Cena za wejście wynosi zaledwie 2,5 euro, więc myślę, że warto dla tego widoku.

Żeby nie było, że ktoś inny robił mi zdjęcia z wieży… Weszłam sama!
Uwielbiam to zdjęcie <3

Pięknie, prawda? O innych panoramach miasta opowiem Wam w kolejnym poście na temat Rothenburg ob der Tauber!

Boczne uliczki…

Od głównego placu odchodzi kilka uliczek, w każdej znajdziemy urocze zabudowania i sklepiki.

Spacerując, warto zwrócić uwagę na dekorację i szczegóły, każda kamieniczka jest inna, gdyż każdy właściciel miał inny pomysł na jej ozdobienie. Szczególnie pięknie wyglądają w okresie świątecznym.

Zwiedzając Rothenburg ob der Tauber warto zwrócić uwagę na olśniewające złotem afisze restauracji i sklepików.

Jeśli udamy się w dół główną ulicą Schmiedgasse dojedziemy do przepięknego skrzyżowania ulic… Zobaczymy tam największą atrakcję Rothenburg ob der Tauber.

Das Plönlein – król Instagrama

Rothenburg ob der Tauber olśniewa swoimi kamieniczkami i uliczkami. Najczęściej fotografowanym, ale także jakże uroczym miejscem w mieście jest Das Plönlein. Większość uważa, że nazwa ta odnosi się do żółtej, XIII-wiecznej kamieniczki. To wąski dom z muru pruskiego, przed nim znajduje się fontanna, a za nią górują dwie wieże – Kobolzeller Tor i Siebersturm. Pojęcie Das Plönlein odnosi się jednak do całego tego miejsca – kamieniczka znajduje się w jego centrum, należy jednak do niego dodać także dwie majestatyczne wieże oraz fontannę. Nazwa pochodzi od łacińskiego wyrazu „planum”, czyli płaskiego miejsca. Pięknie, prawda? 🥰

Nie bez powodu zdjęcie przy Das Plönlein od dawna jest moim zdjęciem profilowym!

Gerlachschmiede

Gerlachschmiede to jeden z najpiękniejszych budynków pruskich w Rothenburg ob der Tauber. Przed 1945 r. był tylko zwykłą stodołą, potem niestety został zniszczony w czasie bombardowania. Odbudowany w 1951 r. jest wierną kopią pierwowzoru. Na górze znajduje się herb z koronowanym wężem, dziełem Georga Gerlacha. Podobnie, jak Das Plönlein, to jedno z najczęściej fotografowanych zaułków w Rothenburg ob der Tauber.

Wioska Bożonarodzeniowa – Christkindlmarkt Kathe Wohlfahrt

Zaraz przy rynku znajduje wyjątkowe miejsce! Święta w Rothenburg ob der Tauber trwają, bowiem cały rok! Znajduje się tutaj Rothenburgs Weihnachtsmuseum, czyli Rothenburskie Muzeum Świąt, które jest czynne cały rok! Możemy się tam dowiedzieć o obchodzeniu świąt przez Niemców, o tym gdzie stanęła pierwsza choinka, czy o Mikołaju w innej odsłonie (jeszcze zanim był miły i przynosił prezenty). Wejście do muzeum nie jest drogie, wynosi 4 euro za osobę dorosłą, 2 euro za dziecko.

Wejście do sklepu

Naprzeciw muzeum znajduje się sklep, gdzie możemy się zaopatrzyć w przepiękne ozdoby choinkowe, także przez cały rok! Nie są one jednak tanie… Ceny wahają się od kilku euro (ok. 5-6) do kilkunastu za ozdobę. Warto, mimo tego zaopatrzyć się chociaż w jedną, ręcznie wykonaną figurkę. Wybór jest ogromny i każdy z pewnością znajdzie tutaj coś dla siebie!

Zimą jeździ świąteczne autko

Jakobskirche

W centrum miasta znajduje się także ewangelicko-luterański kościół parafialny św. Jakuba. Powstał w latach 1311-1484. Z zewnątrz kościół wygląda dość prosto, jednak w środku można zobaczyć ciekawe malowidła z XIV i XV wieku oraz Ołtarz Świętej Krwi autorstwa rzeźbiarza Tilmana Riemenschneidera (ok. 1500 r.) i Ołtarz Dwunastu Posłańców Friedricha Herlina (1466 r.). Na odwrocie tego drugiego możemy zobaczyć najstarsze przedstawienie miasta Rothenburg ob der Tauber i rzadkie legendy o pielgrzymach. Ciekawy jest również fakt, że dwie wieże kościoła różnią się wysokością, jedna na 55,2 m, a druga 57,7 m. W 2011 roku kościół został odnowiony.

Rothenburg ob der Tauber – moja miłość

Rothenburg ob der Tauber to jedna z moich najukochańszych miejscowości w Niemczech, jeśli nie w całej Europie. W związku z tym nie mogłam mu poświęcić jedynie jednego posta. Wyczekujcie, więc niedługo kontynuacji naszej przygody na Romantycznym Szlaku!

Luwr – wystawa prac Leonarda da Vinci

W Paryżu byłam już kilkukrotnie, przeważnie służbowo, ale także dla relaksu. Jednak tym razem udałam się do światowej stolicy mody w określonym celu – zobaczeniu wystawy prac Leonarda da Vinci. Bez wątpienia to kulturowe wydarzenie roku, nie tylko dla Francji, ale także całego świata!

Kolejka do najsłynniejszego obrazu świata – Mona Lisy

Wystawa znajduje się w muzeum w Luwrze. Jest to centrum Paryża, najłatwiej dostać się tutaj oczywiście metrem i wysiąść na jednej ze stacji przy pałacu królewskim.

Ekspozycja prac chyba najsłynniejszego malarza wszech czasów organizowana jest z okazji pięćsetnej rocznicy jego śmierci. Krytycy jeszcze przed jej otwarciem okrzyknęli ją wystawą stulecia.

La Belle Ferronière

Wystawa czasowa prac da Vinci otwarta jest do 24 lutego 2020 roku. Prawdopodobnie później będzie można ją zobaczyć jeszcze w innych miastach europejskich.

Bilety zarezerwowałam już w listopadzie, w zasadzie kilka dni po ogłoszeniu otwarcia ekspozycji. Bilet normalny kosztuje 17 euro, przy czym na jego podstawie możemy także zwiedzać cały Luwr. Należy zakupić go przez stronę internetową muzeum, nie ma możliwości zakupienia wejściówek na miejscu. Według mnie to korzystna cena, ponieważ, normalny bilet do Luwru kosztuje tyle samo! Wystawa zaczęła bić już rekordy kilka miesięcy przed otwarciem, pod koniec października sprzedano ponad 200 tys. biletów! Aktualnie nie wiem czy można zakupić jeszcze bilety na luty…

Do wystawy przygotowywano się już od przeszło 10 lat, a w tym czasie pracownicy muzeum i naukowcy wertowali wszystkie źródła, aby jak najdokładniej opisać biografię słynnego malarza. W zasadzie do samego otwarcia ekspozycji nie było wiadomo, co dokładnie na niej zobaczymy! Nie wszystkie organizacje zgodziły się na wystawienie dzieł da Vinci zgromadzonych w ich zbiorach. Przykładem może być słynna „Dama z gronostajem”, która jest własnością Muzeum Narodowego w Krakowie. Według mnie lepiej byłoby dla nas, gdyby nasz skarb jednak tam zawisł. Jest się czym chwalić!

Problem był także z innymi dziełami, np. „Człowiekiem witruwiańskim”. Ostatecznie pojawił się on jednak na wystawie. Mnie niestety nie było już dane go zobaczyć, ponieważ zgodzono się na jego udostępnienie tylko na dwa miesiące.

Bitwa pod Anghiari

Na ekspozycji znajdują się przede wszystkim rysunki i szkice da Vinci, a także kilka obrazów (11 z zachowanych 20). Ogólnie można na niej zobaczyć ponad 160 rekwizytów, ale nie tylko Leonarda, ale także jego uczniów i nauczycieli.

Obrazy, rysunki i szkice pokazywane na ekspozycji pochodzą z najważniejszych zbiorów na całym świecie! Warto tu wymienić chociaż Pinacoteke Ambrosiana w Mediolanie, Galerie Nazionale w Parmie, petersburski Ermitaż czy National Gallery w Edynburgu. Wiele dzieł pochodzi ze zbiorów prywatnych.

Ciekawą metodą zastosowaną na wystawie są zdjęcia w podczerwieni. W ten sposób prezentowanych jest kilka dzieł, obecnych, jak i nie na wystawie. Taki sposób pozwala obserwować kompozycyjne zmiany, które były wprowadzane od szkicu do obrazu. Po prostu, dzięki podczerwieni widać pod farbami pociągnięcia ołówka i to jak bardzo różniły się one miedzy sobą.

Wśród obrazów nie zabrakło jednego z najsłynniejszych, a także najdroższego na świecie – „Salvatora Mundi”, który aktualnie jest własnością prywatnego kolekcjonera.

Salvator Mundi

Zapytacie zapewne teraz: ok, ale gdzie jest Mona Lisa?! Najsłynniejszy obraz da Vinci znajduje się na swoim starym, ukochanym miejscu w Luwrze w Salle des Étates. Na podstawie biletu na wystawę czasową, możecie spokojnie pójść ją zobaczyć. Niektórzy dziwią się, że wiele międzynarodowych instytucji zgodziło się na przewiezienie bezcennych dzieł sztuki do Luwru, a samo muzeum nie włożyło trudu, aby przenieść Mona Lisę piętro niżej… To takie francuskie 🙂

Jest i ona 😉

Po obejrzeniu wystawy odczuwałam pewien niedosyt, jednak ogólnie byłam zadowolona. Najbardziej w odbiorze przeszkadzała masa ludzi błąkająca się tak naprawdę bez celu, przyciągnięta masą reklam. Ciężko było, więc skupić się na analizie obrazów, w miejscu gdzie każdy „turysta” uważał się za artystę i wpatrywał w dzieła nie wiedząc, czego tak naprawdę szukać. Wystawa z pewnością jest ciekawa i warta zobaczenia, to jeden z must see, jednak nie powala na kolana!

Co zobaczyć w Mołdawii?

Kraje Europy Południowo-Wschodniej i Wschodniej, nie cieszą się dużym zainteresowaniem turystów. Wynika to głównie ze złej komunikacji, ciężko dostępnych informacjach na ich temat, małej reklamy czy obaw związanych z wysokim ryzykiem oraz przestępczością zorganizowaną. Mimo tego stopniowo kraje takie, jak Rumunia, Mołdawia, Białoruś czy Ukraina zaczynają otwierać się na turystów. Kiedyś udało mi się już odwiedzić Białoruś i Ukrainę, teraz przyszedł czas na Mołdawię! Kraj dość egzotyczny dla europejskiego czy światowego turysty!

Wjeżdżając do Kiszyniowa od strony lotniska przywita nas taki widok!

Jak dostać się do Mołdawii?

Najwygodniejszą opcją wyjazdu do Mołdawii to zakup biletu lotniczego. Samoloty latają do Kiszyniowa z Warszawy kilka razy w tygodniu (Polskie Linie Lotnicze LOT). Ceny biletu zmieniają się w zależności od pory roku, ale przeważnie wynosi on od 600 zł do 1000 zl (pierwsze, najtańsza opcja to ta z bagażem podręcznym). Lot z Warszawy trwa niecałe 2 godziny. Oczywiście można do Mołdawii dojechać także własnym środkiem transportu oraz liniami autobusowymi, których ja jednak nie sprawdzałam, ponieważ cenowo wychodzi to bardzo podobnie do samolotu. W związku z tym polecam zwłaszcza tą opcję. Na lotnisku w Kiszyniowie można wynająć samochód na czas pobytu. Do centrum miasta możemy dostać się autobusem, który zatrzymuje się pod lotniskiem, bądź taksówką (lepiej jednak korzystać z sieciówek, niż tych prywatnych).

Kiszyniów – jeszcze wiele przed nim!

Pewnego razu miałam okazję służbowo odwiedzić stolicę Mołdawii – Kiszyniów. Na zwiedzanie miałam zaledwie kilka godzin, więc udało mi się jedynie zobaczyć kilka najważniejszych zabytków tego miejsca oraz przejść się szybko po centrum. Niestety miasto nie posiada zbyt wielu atrakcji. Do najważniejszych zalicza się kilka soborów, cerkwi czy synagog oraz łuk triumfalny.

Jednym z ważniejszych zabytków Kiszyniowa jest Łuk Triumfalny, z którym łączy się dość ciekawa historia. Na początku XIX w. Rosjanie zdobyli Atanazy tureckie, które przetopiono na dzwon. Miał on zawisnąć w znajdującej się aktualnie obok łuku Cerkwi Narodzenia Pańskiego. Dzwon okazał się jednak zbyt duży. W tym celu wzniesiono w 1840 r. właśnie Łuk Triumfalny, który poza dzwonem miał uczcić zwycięstwo Rosji nad Imperium Osmańskim wojnie rosyjsko-tureckiej toczonej w latach 1806-1812. Może nie dorównuje on łukowi z Paryża, ale ta historia z pewnością dodaje mu smaczku… Mi się podoba, choć nie powala 😉

Łuk Triumfalny w Kiszyniowie
Łuk Triumfalny w Kiszyniowie

Tuż obok Łuku Triumfalnego znajduje się XIX-wieczny Sobór Narodzenia Pańskiego, które wspólnie tworzą jeden z najczęściej odwiedzanych miejsc Kiszyniowa przez turystów. Znajdują się zaraz przy głównej ulicy miasta, którą także warto się przejść i pooglądać zabudowania, które w tym miejscu prezentują się dość przyzwoicie. W przypadku soboru warto wejść do środka i podziwiać tamtejsze zdobienia i freski. Są naprawdę okazałe!

Sobór Narodzenia Pańskiego w Kiszyniowie
Sobór Narodzenia Pańskiego w Kiszyniowie

Z pewnością zaletą Kiszyniowa jest to, że posiada wiele zieleni, w centrum miasta rosną piękne drzewa. Warto przejść się do pięknego parku Stefana Wielkiego i odpocząć na ławeczce.

Pomnik Stefana Wielkiego w Kiszyniowie
Pomnik Stefana Wielkiego w Kiszyniowie

Park jest dość urokliwy 🙂


Jednak jedną z najpiękniejszych budowli jaką widziałam w Kiszyniowie był Sobór św. Teodory z Sihli. XIX-wieczny budynek sakralny został ufundowany przez Fiodora Krupienskiego i jego siostrę Jewfrosiniję Wiaziemską. Co ciekawe po ukończeniu budowla nie została poświęcona. Jedna z wersji podaje, że nie uczyniono tego z powodu tragicznego wypadku, który wydarzył się w środku. Podług innej uważa się, że to fundatorka zakazywała z niewiadomego powodu oddanie budynku do użytku liturgicznego. W związku z tym świątynie konsekrowano dopiero w 1922 r.

Sobór św. Teodory z Sihli w Kiszyniowie
Sobór św. Teodory z Sihli w Kiszyniowie

Podróż do Kiszyniowa to trochę podróż w czasie, podróż w przeszłość. Poza nielicznymi wyjątkami miasto niestety jest zaniedbane, piękne niegdyś neoklasyczne budowle są w opłakanym stanie, czasem nawet blisko centrum zabraknie chodnika, komunikacja miejska jest mocno przestarzała. Często „atakują” nas postsowieckie zabudowania, brutalizm dominuje na każdym kroku. Nie można się jednak dziwić, gdyż Mołdawia jest najbiedniejszym krajem Europy i potrzeba czasu oraz dobrego zarządcy, który podreperuje stan finansowy miasta, jak i całego kraju.

Twierdza w Sorokach (Cetatea Soroca), czyli niezwykle uroczy zameczek

W czasie pobytu w Mołdawii udało mi się odwiedzić kilka ciekawych miejsc. Poza Kiszyniowa zobaczyłam Soroki, które urzekły mnie zamkiem, o bardzo charakterystycznym kształcie a także przepięknym widokiem na Dniestr! To chyba właśnie przede wszystkim piękna, mało naruszona przez człowieka przyroda Mołdawii może podbić serca podróżników. O tym jednak więcej kiedy indziej. Wracając do Sorok, jest to niewielka miejscowość oddalona od Kiszyniowa około 150 km. Ze względu na średni stan dróg w tym kierunku jedzie się tam ponad dwie godziny samochodem. Sam zamek wybudowany został w 1489 r. na planie okręgu (37m) z inicjatywy księcia mołdawskiego Stefana III Wielkiego. Następnie był rozbudowywany, a także przejęty przez wojska polskie, które przeciwstawiały się w nim atakom tureckim. Ostatecznie pod koniec XVIII w. został spalony przez Rosjan i nie odzyskał już dawnej świetności. Jeśli odwiedzicie Mołdawie to tzw. „must see” 😀 Ja bardzo polecam!

Twierdza w Sorokach
Twierdza w Sorokach
Twierdza w Sorokach
Twierdza w Sorokach od wewnątrz
Twierdza w Sorokach od wewnątrz
Twierdza w Sorokach od wewnątrz
Twierdza w Sorokach

Monaster Japca – miejsce owiane tajemnicą

Pobyt w Monaster Japca był dla mnie bardzo ciekawym przeżyciem. Nie każdemu, bowiem jest dane zobaczenie tego miejsca, a tym bardziej bycie poczęstowanym przez tamtejsze mniszki wyśmienitym obiadem! 

Monaster Japca
Wejście do Monasteru Japca

Monaster to aktualnie prawosławny żeński klasztor we wsi Japca (po polsku Żabka 😀). Najstarszą częścią kompleksu jest pustelnia, cerkiew Podwyższenia Krzyża Pańskiego wykuta w skale w końcu XVII w., z wysuniętą elewacją z białego kamienia. Aby się tam dostać musiałam wdrapać się po naprawdę wielu dziwnie skonstruowanych stopniach, ale było warto! 

Podwyższenia Krzyża Pańskiego
Droga do cerkwi Podwyższenia Krzyża Pańskiego
Monaster Japca
Cerkiew Podwyższenia Krzyża Pańskiego

Druga cerkiew Wniebowstąpienia Pańskiego zbudowana w stylu neoklasycystycznym pochodzi z 1915 r. Usytuowana została na miejscu rozebranej w 1911 r. świątyni ufundowanej przez Andronika. Cerkiew ta została wzniesiona na planie kwadratu, posiada jedną kopułę i trzy przepiękne, iskrzące się złotem ołtarze. Obok można było także napić się wody ze źródełek nazwanych od różnych świętych.

Monaster Japca
Cerkiew Wniebowstąpienia Pańskiego

Jednak nie tylko zabudowania monasteru wzbudzają zachwyt. Popatrzcie tylko na widok z góry na Dniestr!

Monaster Japca, widok na Dniepr
Widok na Dniepr

W czasie pobytu w monasterze miałam okazję zjeść kilkudaniowy obiad przygotowany przez tutejsze mniszki. Jedzenie było pyszne! A ten kompot i wino…mmm…

Jedzenie w Mołdawii
Domowy, mołdawski obiad

Cecora – miejsce bitwy

Innym ciekawym miejsce, które wydaje mi się, że jest ważne dla nas, Polaków to miejsce bitwy pod Cecorą. Dla przypomnienia, w czasie jednej z wojen polsko-tureckich (1620-1621) hetman wielki koronny wyruszył na czele wojska w kierunku Mołdawii. Bitwa miała miejsce jesienią 1620 roku, a w czasie odwrotu wojsko polskich śmierć poniósł hetman wielki koronny Stefan Żołkiewski. Szlachta i magnateria przez dłuższy czas nie mogła uwierzyć w śmierć dowódcy i porażkę strony polskiej.

Obraz „Bitwa pod Cecorą” autorstwa Witolda Piwnickiego

W związku ze stratą, jaką poniosła wdowa, Regina Herburt po Stanisławie Żółkiewskim postanowiła ona wybudować pomnik w miejscu, w której poległ jej mąż. Budową pomnika zajął się syn zmarłego hetmana, Jan. Ściągnął on kamieniarzy z pobliskiego Mohylewa, których ochraniał zaciągniętą na własny koszt chorągwią pancerną. Podobno posiadał także nieoficjalną zgodę hospodara mołdawskiego na budowę pomnika.

Obelisk postawiono na miejscu kurhanu, gdzie spoczywały prochy poległych. Znajdowała się na nim także tablica z bardzo znamiennym napisem:

Jakże słodko i zaszczytnie jest umrzeć za Ojczyznę

Stanisław Żółkiewski, hetman wielki koronny

Pomnik przetrwał do 1868 r., kiedy to jeden z mieszkańców pobliskich wsi obalił obelisk i rozkopał kurhan w celu poszukiwania domniemanych skarbów. Pomnik w obecnej formie został odbudowany w 1912 r., a w 2003 r. poddany został renowacji.

Pomnik Stanisława Żółkiewskiego w Berezowce

Monastyr Orhei i powalający widok

Dość popularnym i znanym zabytkiem Mołdawii jest Monastry Orhei i rozpościerający się z niego widok ze wzgórza. W tym regionie kraju znajduje się przynajmniej kilka męskich klasztorów prawosławnych, które są coraz częstszym celem turystów. Nie ma się co dziwić, kiedy spojrzymy na to zdjęcie.

Przyroda!

Inną rzeczą, która zachwyciła mnie w Mołdawii to piękna przyroda! Warto wynająć samochód i pojeździć po okolicy Kiszyniowa w celu odnalezienia pięknych okolic. Poniżej kilka zdjęć, na których widać „mołdawską, złotą jesień”!

Co zobaczyć w Mołdawii? Mapka

Poniżej mapka dla Was z najważniejszymi miejscami do zobaczenia w Mołdawii:

[googlemaps https://www.google.com/maps/d/u/0/embed?mid=1Z2C5QpYNd8SrGBTIZPWOMZyYZIyFlwwp&w=640&h=480]

Jedzenie, koniaki, wina…

Oficjalną walutą Mołdawii jest lej mołdawski, w skrócie MDL (1 MDL to 0,22 zł).

Mołdawianie mogą się także poszczycić pyszną kuchnią, szczególnie polecam mini gołąbki – mięso z ryżem zawijane w liście winogron. Poniżej kilka wskazówek, za ile można zjeść w restauracjach.

Przykładowe ceny w restauracjach:

  • pierożki zawinięte w liście winogron – ok. 55 MDL
  • mamałyga – ok. 60 MDL
  • butelka wina w restauracji – od 75 MDL
  • przekąska – słonina z chlebem – od 75 MDL
  • sałatki – od 30 MDL

Szczególnie polecam restaurację LaPlacinte, znajdziecie jej w Kiszyniowie kilka filii. Z jej usług korzystałam sama, stołowali się tutaj także moi znajomi i nigdy się nie zawiedli. Tutaj link do strony restauracji.

Wiele osób interesuje się zakupem alkoholi w sklepach mołdawskich. W sklepach nie jest drogo, wyjazd do Kiszyniowa nie naruszy, więc mocno naszego portfela. Warto pamiętać, że Mołdawianie słyną z pysznym win i koniaków. Ich ceny plasują się:

  • Wino w sklepie – od 60 MDL w górę
  • Koniak w sklepie (większość poleca markę KVINT) – od 80 MDL w górę

To po co do Mołdawii?

Mołdawia zalicza się raczej do egzotycznych krajów Europy, gdzie turyście nie przybywają zbyt często. Najbardziej wartościowym walorem turystycznym Mołdawii wydaje mi się piękna przyroda oraz monastery i zamki porozrzucane po całym kraju. W związku z tym, aby w pełni skorzystać z wyprawy do tego państwa niezbędne będzie wypożyczenie samochodu lub przyjazd własnym. Jeśli miałabym wrócić do Mołdawii to właśnie w celu zobaczenia zabytków, do których nie łatwo się dostać. Wiele jest jeszcze do zobaczenia!

Kačiu Kavine w Wilnie – miejsce relaksu

Pojęcie Cat café zostało wprowadzone do słownika Oxford Dictionary of English dopiero w 2015 r.

Pewnie nie wszyscy z Was słyszeli o kocich kawiarniach? O co tutaj dokładnie chodzi? Gdzie możecie odwiedzić takie miejsca? O jednym z nich postanowiłam Wam opowiedzieć w poniższym poście!

Od zawsze kochałam zwierzęta, więc każde miejsce z nimi związane przyciągało moją uwagę. Tak stało się także w czasie mojego tegorocznego wyjazdu do Wilna. W czasie coffe break’u podczas pracy w pobliskiej bibliotece odwiedziłam Cat Cafe, oryginalnie Kačiu Kavine. Prawdę mówiąc słyszałam o tym miejscu już kilka lat temu kiedy bywałam w Wilnie. Niestety wtedy kawiarenka znajdowała się na uboczu, w miejscu, które nie zachęcało do odwiedzin.

Dziś jednak jest już inaczej i ta urocza kawiarenka leży w samym centrum Wilna przy ulicy Giedimino 5. Z biblioteki mam tam, więc zaledwie kilka minut, a także Wy podczas zwiedzania starego miasta z łatwością na nią traficie!

Kawiarenka jest schludna i przestrzenna, ładnie urządzona, znajdziecie tutaj trzy sale, gdzie pałęta się 15 słodkich futrzaków, które na ludzi…nie reagują! No chyba, że macie jakaś zabawkę to wtedy chętnie się z Wami pobawią. Dokładniej chodzi mi o to, że zwierzaki nie są przerażone gośćmi kawiarni i spokojnie śpią wszędzie, NAPRAWDĘ WSZĘDZIE (np. na kartach menu czy stole). Kotki są słodkie i czasem nawet same zaczepiają ludzi. Kiedy ja chciałam usiąść przy stole to pod krzesełkiem siedział jeden z łobuzów i co… nawet się nie ruszył. Musiałam wybrać miejsce obok!

Ach, Ci turyści…ustawie się, niech sobie cykną fotkę!
Co by tu wykombinować?

W kawiarni trzeba przestrzegać kilku reguł (mycie rąk przy wejściu, nie budzenie kotów, nie branie na ręce zwierzaków itp.). Wydaje się, że właściciele zadbali o komfort zarówno gości, jak i futrzaków.

Do zjedzenia mamy wybór kilku przystawek, sałatki, dania główne (makarony, burgery, placki ziemniaczane i oczywiście cepeliny!), ciasta, wafle, kawy, słodkie napoje, piwa czy drinki. Wszystko kosztuje po kilka euro, więc ceny nie są wygórowane, a jedzenie smaczne.

Chlebek smażony na głębokim oleju z sosem
Makaron ze szpinakiem, mmmm

Kotów oczywiście nie można karmić własnym jedzeniem, ale na miejscu można zakupić (2 euro) trochę chrupkich przysmaków, które kotki bardzo lubią 🙂 Co wzbudziło moje zdziwienie to żeby skorzystać z usługi należy wydać minimum 5 euro! Inaczej nie zostaniecie obsłużeni.

Więcej informacji na temat kociej kawiarni w Wilnie znajdziecie na ich stronie internetowej:

Vilnius

Nie jest to jedyna kawiarnia tego typu. Pierwsza powstała w 1998 r. w Taipei w Tajwanie. Stała się ona atrakcją zarówno dla turystów, jak i mieszkańców. Koncepcja kawiarni rozkwitła jednak w Japonii, gdzie założono „Cat’s Time” w Osace w 2004 r. Wywołała ona sensacje, ponieważ w tym kraju z powodu przeludnienia ludzie żyją w małych mieszkaniach, w których nie zezwala się na trzymanie zwierząt. Następnie otworzono kolejną kawiarenkę, tym razem w Tokyo (2005). Później nastąpił już wysyp miejsce tego typu i od 2005 do 2010 roku otworzono 71 cat cafe w samej Japonii.

Ten nie chciał ze mną gadać…

Kocie kawiarnie znajdziecie także w Polsce, np. we Wrocławiu, w Gdańsku czy Warszawie, a także w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, na Węgrzech… i tak można by wymieniać długo. Niektóre z nich biorą pod opiekę zwierzaki ze schronisk, których nikt nie chciał adopotować, niektóre są domem tymczasowym dla kociaków, a jeśli których przypadnie Ci do serca możesz go zabrać na zawsze do domu. Mimo to niektóre organizacje sprzeciwiają się kocim kawiarnią twierdząc, że zwierzęta są wykorzystywane i przetrzymywane w dużych grupach na niewielkiej powierzchni. Zdania są wciąż podzielone.

Cat café, tak czy nie?

Jak myślicie to dobry czy zły pomysł? Czy kawiarnie tworzą dobry dom dla zwierzaków? W przypadku Kačiu Kavine w Wilnie mogę szczerze polecić to miejsce, kotki są bardzo zadbane i wyglądają na zadowolone. Zjecie tutaj także dobre jedzenie, wypijecie wyśmienitą kawę i chwilkę odpoczniecie. Ja do Wilna będę wracać jeszcze nie raz i tutejsza kocia kawiarnia będzie jednym z obowiązkowych punktów odwiedzin!